W Polsce jesień ale i tutaj też... temperatury maksymalne sięgają 15 stopni. Rankiem i wieczorami poniżej 10... Do tego zaczęło kapać z nieba. Niby zapowiadają jeszcze ocieplenie ale mimo tego pora przyzwyczaić się do takiej aury.
Też mam jakieś objawy jesienne:P Katar itp... Wczoraj wieczorem nawet wahałem się czy dzisiaj pójdę pobiegać. Obudziłem się i nie było źle <a_psik>... Więc zjadłem tylko jedną bułkę na słodko :-) Wypiłem herbatkę odczekałem pół godziny i wyruszyłem na dwór...
Ubrałem nawet bluzę ze względu na temperaturę. Chwilę rozciągania przed domem a następnie przycisnąłem start w garminie i zacząłem powoli przebierać nogami. Oczywiście w momencie startu nie wiedziałem ile kilometrów pojawi się na zegarku po zakończeniu biegu... Biegnąc myśli się zmieniały to wydłużając bieg to skracając. Dodam tylko, że dzisiaj mój bieg to nie tylko trening ale też przy okazji wydrukowanie kilku rzeczy. Więc gdy na niebie pojawiła się spora chmura już miałem biec w kierunku punktu druku. Ale za chwilę okazało się,ze jest już za późno bo już zmokłem... Ale tylko dwa kilometry biegłem z deszczem(siódmy i ósmy). Ostatecznie wymyśliłem, że będę biegał godzinę i dwadzieścia minut. Co przy moim dzisiejszym tempie miało dać 15 km. Na samym końcu biegania po parku przebiegłem kilkaset metrów z uczniami pobliskiej szkoły :P Ach te lekcje WueFu w terenie! Fajnie było! Sama końcówka to już bieganie po uliczkach koło miejsca docelowego by dobiec do zamierzonych 80 minut.
Po wydrukowaniu(na bank mniej niż 5 minut) miałem już wracać spacerkiem... Ale jednak się rozmyśliłem i dotruchtałem do domu. Tym samym dorzucając jeszcze 2 kilosy w tempie 5:25 :D
Dodam tylko, że przy okazji wydrukowałem sobie barcody na sobotni Parkrun :-) Więc zapowiada się mój debiut na tych zawodach. A okazja ku temu dobra bo w ten weekend wypada okrągły 50 Parkrun!
Więc najprawdopodobniej kolejny trening będzie w sobotę.
Pozdrawiam!
środa, 18 września 2013
poniedziałek, 16 września 2013
Nie lubię poniedziałków...
Wstaję 8:15... :-)
Czemu nie lubię? Ot tak dla zasady. Ale zdecydowanie lepszy ten poniedziałek od wczorajszej niedzieli... Człowiek się normalnie czuje i funkcjonuje. Ech... Stracony cały dzień... To co się stało w sobotę w sklepie to był jakiś znak. Kupując asortyment na wieczór stłukła się butelka przy kasie... Smutno się zrobiło. Przeprosiłem :P Spaliłem buraka... Na szczęście za drugą nie musiałem płacić... Pomyślałem, że przez miesiąc nie pojawię się w Lidlu:P No... I to zdarzenie to chyba był znak... Ale jak się znaków nie przestrzega to potem się żałuje:P No ale dobra! jest poniedziałek. A to dobry dzień na wprowadzenie w życie nowych postanowień. Pora więc na robienie kilometrów a także na odpoczynek od takich wieczorów jak w sobotę... :-P
Wstałem, zjadłem lekkie śniadanie i ruszyłem na trening...
Biegło się nawet dobrze. Choć pod koniec już było ciężej. Pogoda w kratkę. Wychodziłem to świeciło słońce. jednak zimno dość. Przebiegłem z dwa kilometry i zaczęło padać. Ale od piątego kilometra już przestało i ponownie wyszło słońce. Do tego wiatr wiał który wysuszył ubranie:-)
Zrobiłem trochę ponad 10 km po Foreście...
Tempem takim jak widać:
Czemu nie lubię? Ot tak dla zasady. Ale zdecydowanie lepszy ten poniedziałek od wczorajszej niedzieli... Człowiek się normalnie czuje i funkcjonuje. Ech... Stracony cały dzień... To co się stało w sobotę w sklepie to był jakiś znak. Kupując asortyment na wieczór stłukła się butelka przy kasie... Smutno się zrobiło. Przeprosiłem :P Spaliłem buraka... Na szczęście za drugą nie musiałem płacić... Pomyślałem, że przez miesiąc nie pojawię się w Lidlu:P No... I to zdarzenie to chyba był znak... Ale jak się znaków nie przestrzega to potem się żałuje:P No ale dobra! jest poniedziałek. A to dobry dzień na wprowadzenie w życie nowych postanowień. Pora więc na robienie kilometrów a także na odpoczynek od takich wieczorów jak w sobotę... :-P
Wstałem, zjadłem lekkie śniadanie i ruszyłem na trening...
Biegło się nawet dobrze. Choć pod koniec już było ciężej. Pogoda w kratkę. Wychodziłem to świeciło słońce. jednak zimno dość. Przebiegłem z dwa kilometry i zaczęło padać. Ale od piątego kilometra już przestało i ponownie wyszło słońce. Do tego wiatr wiał który wysuszył ubranie:-)
Zrobiłem trochę ponad 10 km po Foreście...
Tempem takim jak widać:
Mam zamiar w tym tygodniu przebiec się jeszcze z dwa razy. Obym tylko znalazł na to chwilę.
Tymczasem pora szykować się do pracy.
A no i mam zamiar ułożyć sobie jakiś plan treningowy bądź znaleźć jakiś i zacząć go realizować. Bo taki chaos który obecnie biegam na dłuższą metę nie jest najlepszy....
Pozdrawiam
niedziela, 15 września 2013
Bieg Niepodległości 2012 - wilk syty i owce całe
W roku 2011 się wystartowało...
http://www.psocior.blogspot.co.uk/2013/07/2.html
Zakład sprzed roku się zbliżał. Z trenowaniem było słabo... Chociaż to ja z uczestników zakładu ruszałem się najwięcej. Jednak gdy okazało się, że wyjeżdżam za granicę udało mi się namówić pozostałych uczestników na przełożenie zakładu. Wilk syty i owce całe. :-) Jednak na rok 2013 do zakładu dołączyła jeszcze jedna osoba! Czyli w rywalizacji biorą udział następujące osoby:
Główny faworyt - Rabi czyli brat mój :-)
Przebiegnięte w tym roku 1326 kilometrów, w tym roku debiutował w maratonie a za tydzień kolejny start na dystansie królewskim! Moja życiówka na 10 km jedynie o 14 sekund lepsza od jego. Do tego moja jest z roku 2011 a nie z 2013 :-/ Jednak w biegu ze mną jeszcze nie wygrał.... to mnie pociesza ;-)
Kolejny zawodnik! Lewus!
Rok temu prezentował lepszą formę. Jednak ja mam na koncie dwie porażki z nim. Nieobliczalny jest. W tym roku przebiegł zaledwie 70 km. Jednak większość z tych kilometrów zrobił w tym miesiącu! Realizuje plan treningowy przygotowujący go do dychy w... ? ileś minut... jednak owiane jest to tajemnicą na jaki czas się przygotowuje. Pociesza mnie to, że ostatnimi czasy przybrał sporo na wadze...
Profil kolejnego zawodnika... Jest odważny. Bo co za śmiałek dołączył by do rywalizacji? Tym bardziej, że grono zawodników jest mocne! Jednak w jego zawodzie odwaga to konieczność.
Czy zrobione w tym roku ponad 250 km wystarczy by nie zająć ostatniego miejsca? A może powalczy o pierwszą lokatę? Ostatnimi czasy również przyspieszył z treningami i biega coraz szybciej... Pociesza mnie to, że "Bednar" jeszcze nigdy nie startował w tego typu zawodach! Może po prostu zje go trema?
To właśnie trzej moi przeciwnicy z zakładu.
Wielkimi krokami zbliża się kolejny Bieg Niepodległości. W połowie października ruszają zapisy... Jednak zapisanie się i opłacenie biegu to pierwszy etap który trzeba zaliczyć. Do tego trzeba się zjawić 11 listopada w Warszawie. No i co najważniejsze wystartować i ukończyć bieg! Do tego nie zajmując ostatniego miejsca!
Ja z bieganiem różnie. Jednak planuje być przygotowanym na początek listopada na czas 41 minut. Zobaczymy jak to będzie... Jednak nie pociesza mnie to..., że chyba nie polecę :-P Szanse na to są niewielkie... A kolejne przełożenie zakładu może być ciężkie :-/ Czy będę musiał stać się posiadaczem miesięcznego wąsa? Oby nie...!!
Bieg Niepodległości 2013 - owce całe a wilk z wąsami? :P
Zresztą... kto tutaj jest wilkiem?
Pozdrawiam!!
ps. Dodam tylko, że w roku 2012 w Biegu Niepodległości wystartował jedynie Rabi! Dyszkę zrobił w spacerkowym tempie i uzyskał czas 49 minut.
http://www.psocior.blogspot.co.uk/2013/07/2.html
Zakład sprzed roku się zbliżał. Z trenowaniem było słabo... Chociaż to ja z uczestników zakładu ruszałem się najwięcej. Jednak gdy okazało się, że wyjeżdżam za granicę udało mi się namówić pozostałych uczestników na przełożenie zakładu. Wilk syty i owce całe. :-) Jednak na rok 2013 do zakładu dołączyła jeszcze jedna osoba! Czyli w rywalizacji biorą udział następujące osoby:
Główny faworyt - Rabi czyli brat mój :-)
Przebiegnięte w tym roku 1326 kilometrów, w tym roku debiutował w maratonie a za tydzień kolejny start na dystansie królewskim! Moja życiówka na 10 km jedynie o 14 sekund lepsza od jego. Do tego moja jest z roku 2011 a nie z 2013 :-/ Jednak w biegu ze mną jeszcze nie wygrał.... to mnie pociesza ;-)
Kolejny zawodnik! Lewus!
Rok temu prezentował lepszą formę. Jednak ja mam na koncie dwie porażki z nim. Nieobliczalny jest. W tym roku przebiegł zaledwie 70 km. Jednak większość z tych kilometrów zrobił w tym miesiącu! Realizuje plan treningowy przygotowujący go do dychy w... ? ileś minut... jednak owiane jest to tajemnicą na jaki czas się przygotowuje. Pociesza mnie to, że ostatnimi czasy przybrał sporo na wadze...
Profil kolejnego zawodnika... Jest odważny. Bo co za śmiałek dołączył by do rywalizacji? Tym bardziej, że grono zawodników jest mocne! Jednak w jego zawodzie odwaga to konieczność.
Czy zrobione w tym roku ponad 250 km wystarczy by nie zająć ostatniego miejsca? A może powalczy o pierwszą lokatę? Ostatnimi czasy również przyspieszył z treningami i biega coraz szybciej... Pociesza mnie to, że "Bednar" jeszcze nigdy nie startował w tego typu zawodach! Może po prostu zje go trema?
To właśnie trzej moi przeciwnicy z zakładu.
Wielkimi krokami zbliża się kolejny Bieg Niepodległości. W połowie października ruszają zapisy... Jednak zapisanie się i opłacenie biegu to pierwszy etap który trzeba zaliczyć. Do tego trzeba się zjawić 11 listopada w Warszawie. No i co najważniejsze wystartować i ukończyć bieg! Do tego nie zajmując ostatniego miejsca!
Ja z bieganiem różnie. Jednak planuje być przygotowanym na początek listopada na czas 41 minut. Zobaczymy jak to będzie... Jednak nie pociesza mnie to..., że chyba nie polecę :-P Szanse na to są niewielkie... A kolejne przełożenie zakładu może być ciężkie :-/ Czy będę musiał stać się posiadaczem miesięcznego wąsa? Oby nie...!!
Bieg Niepodległości 2013 - owce całe a wilk z wąsami? :P
Zresztą... kto tutaj jest wilkiem?
Pozdrawiam!!
ps. Dodam tylko, że w roku 2012 w Biegu Niepodległości wystartował jedynie Rabi! Dyszkę zrobił w spacerkowym tempie i uzyskał czas 49 minut.
czwartek, 12 września 2013
jak Dzik...
No niezbyt mądry :-/
Nie to żebym miał coś do dzikiej świni(choć o niej też napiszę kiedyś). Chodzi mi o bohatera Dzikowego Skarbu.
Jemu rzadko zdarzało się pomyśleć przed czynem a o rachowaniu nie było mowy. Lekko ważył on swoje zdrowie i życie... Postać barwna i bardzo pozytywna. Jak czytałem książkę ponad 15 lat temu to był moim idolem... a czasem omijałem inne rozdziały by czytać tylko o Dziku :-)
No ale przejdźmy już do meritum.
W tym tygodniu miałem przebiec 30 km... Poniedziałek wolne. Odpoczynek po sportowej niedzieli. We wtorek pojechaliśmy na tenisa. Jednak pograliśmy tylko 45 minut i nawet nie dokończyliśmy meczu. Przy stanie 5-5 w pierwszym secie pojechaliśmy do domu. Potem obejrzałem filmik. Ten oto:
http://vimeo.com/74178863
I taka mnie chęć na bieganie naszła, że pójdę pobiegać. Jednak nie poszedłem i obraziłem się na świat :P
I miałem już w ogóle odpuścić bieganie i zaprzestać pisanie bloga...
Środa też zamułka...
Dzisiaj wolne w pracy więc postanowiliśmy pojechać dokończyć mecz w tenisa. Udało się dokończyć i udało mi się wygrać!! Oba sety po tie-breaku. 7-6, 7-6!!
Sylwia bardzo zniesmaczona porażkami chciała wziąć rewanż. Jako, że miała do tego prawo to nie odmówiłem. Zapomniałem jednak zabrać swoich opasek na kostkę :-/ I pewnie dlatego kolejny mecz przegrałem w dwóch setach... ;-) Graliśmy równo dwie godziny a niektóre wymiany zasłużyły na gromkie brawa.
W południe doszedłem do wniosku, że jeszcze nie rezygnuję z biegania:-) W sumie to zostałem zmuszony do nie rezygnowania... No i dobrze!! Bo jakby to było gdybym przestał biegać? Wancioł by urósł jak Obeliksowi. No...
Najgorsze jest to, że nie mam teraz żadnego planu treningowego. Za każdym razem jak wychodzę pobiegać to nie wiem ile przebiegnę? Tuż przed wyjściem dostałem info z Polski, że zagrożony jest mój rekord na 10 km! Brat dzisiaj machnął ten dystans 42 minuty i 18 sekund!! Kurde to tylko 14 sekund gorzej od mojej życiówki!! Niezły jest! Forma przed maratonem dobra!
No ale dobra to i ja idę pobiegać. Musiałem przed wyjściem określić się za ile będę. Opłacało się... ale o tym wkrótce. No to rzuciłem, że za półtorej godziny ewentualnie godzina pięćdziesiąt.
Opaski na stopy. zegarek na rękę i ruszyłem. Centrum wodne to mój cel. Tak sobie pomyślałem. Ruszyłem spokojnie. Założyłem, że jest tam 18 km. Czyli tempo 5min/km to będzie półtorej godziny. Czyli idealnie! Jednak biegłem nawet nieco szybciej... Może i dobrze bo będąc w połowie okazało się, że mam do domu jeszcze 10 km. Ale po równym terenie tak mi się dobrze biegło, że postanowiłem powalczyć o życiówkę w półmaratonie. Szkoda tylko, że dopiero potem pomyślałem, że końcówka będzie mocno pod górkę :-/ No ale... Biegłem i szło dobrze. Na końcu jeszcze musiałem pokrążyć w okolicach domu żeby wyszedł dystans półmaratonu.
![]() |
| 6 km oczekiwanie na auta... 20 km to podbieg :P |
![]() |
Podsumowując:
Półmaraton przebiegłem w tempie 4:40 min/km.
Czas wyszedł 1 godzina 38 minut 31 sekund.
Półmaraton mógłby dostać atest bo start i meta były w tym samym miejscu!
Niestety jako, że nie były to oficjalne zawody to musiałem walczyć z przebieganiem przez ulicę przy tym unikając utraty zdrowia... Udawało się to całkiem nieźle. Raz tylko musiałem postać 30 sekund... A do tego kilka krótszych zatrzymań po kilka sekund :-/ Co i tak było dobrym wynikiem. :-)
Po zakończeniu biegu zmęczony byłem. Tego nie będę ukrywał!
Jednak zadowolony jestem bo nogi całe i zdrowe! Ach te opaski doktora lewina :P
Nie no... to zwykłe opaski stabilizujące staw skokowy :-) Ale u mnie sprawdzają się rewelacyjnie!
To chyba tyle...
Ps. udało mi się nie spóźnić :-) dzięki czemu tuż po kąpieli zjadłem cieplutkie placki bananowe :-) Były pyszne!!
To tyle na dzisiaj!!
pps. głupie było pobiec w takim tempie... niestety poniosły mnie emocje :-/
Z biegowym pozdrowieniem!!
niedziela, 8 września 2013
Sportowa niedziela :-)
Kto pamięta ten program w TVP? Wyczekiwało się zawsze na podsumowanie sportowe całego dnia. W dobie gdy sportowych kanałów nie było możliwość zobaczenia 5 minut urywek wydarzeń sportowych to była podjarka :-) Co nie? :-D
Więc i ja podsumuje wieczorem trochę wydarzeń. Oj to miał być sportowy miesiąc... i w sumie nawet jest.
W czwartek tenis. Na sobotę miał przypadać mój debiut w parkrunie. Zapisałem się, przydzielili mi moją stronę w internecie gdzie będę mógł na bieżąco śledzić moje wyniki oraz postępy o ile takowe nastąpią :-)
W piątek rozpadał się deszcz i nie chciało mi się iść wydrukować barkodu. Miał mi to ktoś wydrukować niestety zawiódł :-/ I wyszło tak, że odpuściłem ten start i przełożyłem na inny termin... być może za dwa tygodnie.
Przejdźmy w końcu do niedzieli.
Spało się dobrze i obudziło mnie śniadanie. Za oknem słoneczko zmotywowało mnie do wyjścia na trening. Planowałem, że pobiegnę do Wollaton Park nieco odpocząć od zgiełku miasta. Park bardzo fajny, obszarowo bardzo duży bo aż 202 hektary w samym centrum parku jest zamek. A po parku biegają sobie daniele. Do tego jest małe jeziorko. Miejsce do biegania bardzo fajne. Jednak już biegnąc zmieniłem decyzję i skręciłem w inną stronę. Pobiegłem na Colwick. Czyli centrum sportów wodnych. Też biega się tam przyjemnie. Mijamy boisko do krykieta, tor do gonitw konnych, trochę stawów, kanał itd... Ja niestety nie znam zbyt dobrze tych ścieżek :P Ale z czasem być może poznam. Jako, że wczoraj nie pobiegłem postanowiłem dzisiaj nadrobić. Pierwsze 5 km które zrobiłem to był wczorajszy Parkrun a reszta to dzisiejszy trening:P Łącznie wyszło prawie 16 km.
O równości tempa się nie wypowiadam... Z górki biegnę szybciej a pod wolniej i tak jakoś wychodzi takie nierówne :-) Zdarza się też, że pod górkę przyspieszam jak najdzie mnie ochota.
Biegłem w opasce stabilizującej na prawej kostce. I naprawdę czuję się w niej pewniej. Dlatego jeszcze przez jakiś czas będę w tym biegał a nawet będę zakładał na lewą nogę również. Było tak dobrze, że miałem nawet dołożyć trochę kilometrów ale jako, że po obiedzie czekał mnie jeszcze tenis dlatego odbiłem w kierunku domu :-)
Więc i ja podsumuje wieczorem trochę wydarzeń. Oj to miał być sportowy miesiąc... i w sumie nawet jest.
W czwartek tenis. Na sobotę miał przypadać mój debiut w parkrunie. Zapisałem się, przydzielili mi moją stronę w internecie gdzie będę mógł na bieżąco śledzić moje wyniki oraz postępy o ile takowe nastąpią :-)
W piątek rozpadał się deszcz i nie chciało mi się iść wydrukować barkodu. Miał mi to ktoś wydrukować niestety zawiódł :-/ I wyszło tak, że odpuściłem ten start i przełożyłem na inny termin... być może za dwa tygodnie.
Przejdźmy w końcu do niedzieli.
Spało się dobrze i obudziło mnie śniadanie. Za oknem słoneczko zmotywowało mnie do wyjścia na trening. Planowałem, że pobiegnę do Wollaton Park nieco odpocząć od zgiełku miasta. Park bardzo fajny, obszarowo bardzo duży bo aż 202 hektary w samym centrum parku jest zamek. A po parku biegają sobie daniele. Do tego jest małe jeziorko. Miejsce do biegania bardzo fajne. Jednak już biegnąc zmieniłem decyzję i skręciłem w inną stronę. Pobiegłem na Colwick. Czyli centrum sportów wodnych. Też biega się tam przyjemnie. Mijamy boisko do krykieta, tor do gonitw konnych, trochę stawów, kanał itd... Ja niestety nie znam zbyt dobrze tych ścieżek :P Ale z czasem być może poznam. Jako, że wczoraj nie pobiegłem postanowiłem dzisiaj nadrobić. Pierwsze 5 km które zrobiłem to był wczorajszy Parkrun a reszta to dzisiejszy trening:P Łącznie wyszło prawie 16 km.
Biegłem w opasce stabilizującej na prawej kostce. I naprawdę czuję się w niej pewniej. Dlatego jeszcze przez jakiś czas będę w tym biegał a nawet będę zakładał na lewą nogę również. Było tak dobrze, że miałem nawet dołożyć trochę kilometrów ale jako, że po obiedzie czekał mnie jeszcze tenis dlatego odbiłem w kierunku domu :-)
![]() |
| To nie moje nogi... pozdro Kikkan Randall |
Po obiedzie tenis!! Po długiej przerwie wróciliśmy do rywalizacji męskiej. :-) Pierwszy set dla mnie 6-4, drugi dla Kamila 6-4. No i nadszedł set trzeci. Decydującym gemem okazał się siódmy w którym to ja podawałem. Trwał tyle co najdłuższy gem wczorajszego meczu Wawrinki z Djokovicem czyli ponad 20 minut albo i dłużej. Równowag było około 20. Szans na przełamanie też kilka. Jednak ostatecznie udało mi się wygrać. Obaj okupiliśmy ten gem sporą utratą sił bo wymiany były nietuzinkowe. Ostatecznie udało się wygrać 6-3. I nadal pozostaję niepokonany w tejże rywalizacji! Jednak muszę potrenować nad swoim podaniem a dokładniej nad jego siłą. Kamil chyba przeniósł swoją dobrą zagrywkę z siatkówki na tenisa... Bo jest w nim moc! Mecz trwał blisko dwie godziny i wylałem sporo potu! I chyba na tyle tych akcentów sportowych dzisiaj.
Niech żyje sportowa niedziela!!
Plany na przyszły tydzień to 30 km biegania i minimum dwa razy tenis!
Pozdrawiam!!
poniedziałek, 2 września 2013
Nowy miesiąc - nowe perspektywy :-)
Oj będzie to sportowy miesiąc. W odstawkę idzie weekendowa rozpusta :P Trzeba się za siebie wziąć.
Wczoraj miał się już zacząć na sportowo. Miał być tenis... a był... odpoczynek po sobotnim wieczorze. A tenis to był dzisiaj o 2 w nocy. Tak czekałem na Radwańską i odczarowanie Nowojorskich kortów... Niestety tradycji stało się zadość i po raz kolejny Isia nie awansowała do ćwierćfinału. No cóż? Bywa.
Jak już się wyspałem to też pojechaliśmy na tenisa. By dokończyć zaległy mecz i jak się okazało rozegrać jeszcze jeden. Warunki dzisiaj były iście jak w US Open. Wiatr zdmuchiwał podrzucane do serwisu piłki, ułatwiał skróty bądź je utrudniał. To już zależy po której stronie kortu się stało. Pierwszy mecz przegrałem. W sumie to tylko jednego seta. To ze względu na mniej korzystną połówkę. Jak się okazało wszystkie sety wygrywało się na jednej połówce. A co za tym idzie drugi mecz wygrałem ja 2-1.
Ale przejdźmy w końcu do meritum czyli do biegania.
Pierwszy trening w miesiącu odbył się!!
Ciężko było mi się wybrać... Niby po posiłku byłem dwie godziny a ciągle go czułem. Ale zebrałem się. Rozgrzewka. Wybekałem marsyliankę. No i ruszyłem. Biegło się bardzo przyjemnie i komfortowo. Pogoda super, w parku sporo biegaczy. Po raz kolejny nadziałem się na sporą grupę (około 30 osób) trenującą siłę. Przez dobre 30 minut katowali podbiegi i różnego rodzaju ćwiczenie wchodząc pod górę. Do tego jeszcze spotkałem grupę tańczącą Capoeirę. Fajnie było i z przyjemnością robiło się kolejne kilometry. Już miałem nawet dołożyć kolejne do treningu... ale przemyślałem, że jeszcze nie pora na to. W sumie wyszło 8 kilometrów. Takim oto tempem:
Jest dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze dwa treningi zrobię w tym tygodniu. Niestety jutro już do pracy i wolne dopiero w niedziele...
Ps. Gratulacje Brat za dobry wynik! 10 km w 43:09 i nowa życiówka. Wiem, że stać Cię na sporo lepszy czas. No ale póki co priorytetem jest dobry czas w maratonie. Trzymam kciuki!
Pozdro
Wczoraj miał się już zacząć na sportowo. Miał być tenis... a był... odpoczynek po sobotnim wieczorze. A tenis to był dzisiaj o 2 w nocy. Tak czekałem na Radwańską i odczarowanie Nowojorskich kortów... Niestety tradycji stało się zadość i po raz kolejny Isia nie awansowała do ćwierćfinału. No cóż? Bywa.
Jak już się wyspałem to też pojechaliśmy na tenisa. By dokończyć zaległy mecz i jak się okazało rozegrać jeszcze jeden. Warunki dzisiaj były iście jak w US Open. Wiatr zdmuchiwał podrzucane do serwisu piłki, ułatwiał skróty bądź je utrudniał. To już zależy po której stronie kortu się stało. Pierwszy mecz przegrałem. W sumie to tylko jednego seta. To ze względu na mniej korzystną połówkę. Jak się okazało wszystkie sety wygrywało się na jednej połówce. A co za tym idzie drugi mecz wygrałem ja 2-1.
Ale przejdźmy w końcu do meritum czyli do biegania.
Pierwszy trening w miesiącu odbył się!!
Ciężko było mi się wybrać... Niby po posiłku byłem dwie godziny a ciągle go czułem. Ale zebrałem się. Rozgrzewka. Wybekałem marsyliankę. No i ruszyłem. Biegło się bardzo przyjemnie i komfortowo. Pogoda super, w parku sporo biegaczy. Po raz kolejny nadziałem się na sporą grupę (około 30 osób) trenującą siłę. Przez dobre 30 minut katowali podbiegi i różnego rodzaju ćwiczenie wchodząc pod górę. Do tego jeszcze spotkałem grupę tańczącą Capoeirę. Fajnie było i z przyjemnością robiło się kolejne kilometry. Już miałem nawet dołożyć kolejne do treningu... ale przemyślałem, że jeszcze nie pora na to. W sumie wyszło 8 kilometrów. Takim oto tempem:
Jest dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze dwa treningi zrobię w tym tygodniu. Niestety jutro już do pracy i wolne dopiero w niedziele...
Ps. Gratulacje Brat za dobry wynik! 10 km w 43:09 i nowa życiówka. Wiem, że stać Cię na sporo lepszy czas. No ale póki co priorytetem jest dobry czas w maratonie. Trzymam kciuki!
Pozdro
Szakal na obczyźnie czyli "Powracające przed oczami retrospekcje...." część piąta.
Siema siema :-)
W kocu zebrałem się by napisać ostatnią relację :-)
Ostatnia która się pojawiła dotyczyła Półmaratonu Chmielakowego w Krasnymstawie. Zakwasy długo trzymały i ledwo co zdążyły minąć przed następnymi zawodami. A te odbyły się trzy tygodnie po Chmielakach.
W kocu zebrałem się by napisać ostatnią relację :-)
Ostatnia która się pojawiła dotyczyła Półmaratonu Chmielakowego w Krasnymstawie. Zakwasy długo trzymały i ledwo co zdążyły minąć przed następnymi zawodami. A te odbyły się trzy tygodnie po Chmielakach.
No to zaczynamy:
Lublin 2012.09.09
Niestety był to kolejny bieg do którego się nie przygotowywałem zbytnio. No chyba, że do treningów zaliczyć rozgrzewkę którą zrobiłem przed biegiem? :-)
Po powrocie z Chmielaków jakoś nie mogłem zabrać się za bieganie. Ale standardowo jeździłem do pracy i z pracy rowerem. Co dawało 36 km dziennie. No i dodatkowo w weekendy gdzieś tam robiłem przejażdżkę. No i tak mijały sobie kolejne dni i mijały... Aż w końcu pewnego dnia zostałem niemal, że zmuszony by odkurzyć buty biegowe. Zmuszony? Otóż wygrałem w pewnym konkursie pakiet startowy na pewien bieg oraz sportową koszulkę do biegania pewnej znanej marki. Jury urzekła rymowanka napisana przeze mnie. Teraz już dokładnie nie pamiętam jak to leciało. Konkurs polegał na tym, żeby napisać czemu chce się pobiec w pierwszym biegu z cyklu Dycha do Maratonu! Cały cykl składał się z czterech dych co w sumie daje czterdzieści kilometrów :-) Czyli prawie dystans maratonu.
Wierszyk brzmiał tak: "Daleka jest droga do Lublina z Łodzi, jednak bieg po pięknym wschodzi przebyty dystans nam wynagrodzi", albo jakoś podobnie. Pakiet wygrałem chyba na dwa dni przed zawodami. Może to była jedna z przyczyn dla których postanowiłem nie robić treningu przed zawodami żeby nie nabawić się zakwasów.
Przyszedł dzień biegu. Była to niedziela. Bieg startował o godzinie 11:00. Wstałem jakoś przed 5:00. Choć ciężko mi się wstawało... Mimo tego, że dzień wcześniej skorzystałem ze wzoru matematycznego na wyliczenie odpowiedniej ilości złotego napoju jaką mogę wypić bym rano mógł legalnie poprowadzić auto ;-) ale zapomniałem skorzystać ze wzoru na wyspanie się... ale dobra :-) Poranne rześkie powietrze rozbudziło mnie. Pogoda zapowiadała się ładna. Co to będzie, co to będzie, rosa wszędzie, rosa wszędzie... ;-) jak to co? Piękny słoneczny dzień! No i ruszyłem... Niedziela w tak porannych godzinach to idealny czas na podróż. Kilometry mijały mi bardzo szybko. Znalazłem czas na postój a na miejscu byłem chwile po dziewiątej. Biuro zawodów już czynne. Biegacze się rozgrzewali a ja poszedłem trochę poopalać się nad zalew.
No ale jak już zaczęły robić się kolejki to i ja udałem się po odbiór pakietu. Jak się okazało zawody przerosły oczekiwania organizatorów i to znacznie. Nie przygotowali odpowiedniej ilości pakietów startowych, "medali" oraz czipów.... Ale mimo tego poradzili sobie z problemem :-)
Ja odebrałem przygotowany dla mnie pakiet startowy wraz z koszulką w rozmiarze XL ale oczywiście udało się wymienić na mój rozmiar. No to co? Zrobiłem rozgrzewkę, pogadałem z nowo poznanymi biegaczami. Pytali się co to za Szakale? Jak trafiłem na tak odległy bieg itd... Narzekali, że mało biegów w Lubelskim. No i przyszedł czas startu!
Ja ustawiłem się na samym końcu stawki gdyż wiedziałem, że nie będę walczył o dobry wynik. Oczekujemy na sygnał startu. Głośne odliczanie od dziesięciu... Pani Minister Mucha ma wystrzelić z pistoletu który tutaj nosi nazwę startera jednak to się nie udaje. No ale w końcu ruszamy. Początek standardowo jak to we większości biegów... ciasno. Ale z upływem metrów robi się luźniej i przyjemniej. Udaje mi się przesuwać do przodu mimo iż wcale nie biegłem szybko :-) Poczułem wiatr w żaglach. Nawiązując do żeglujących na zalewie. Początek biegu prowadzi przez uliczki a tutaj sporo kibiców. Nieco oddalamy się od Zalewu Zemborzyckiego by za chwilę zrobić nawrót i przez cztery kilometry biec drogą równoległa do linii brzegowej zalewu. Głowa cały czas uciekała na lewo. Piękne widoki. Zalew a wokół las. Po drodze mijamy Kościół gdzie możemy liczyć na gorący doping od parafianów wychodzących z mszy. W okolicach 6 kilometra skręcamy w stronę zalewu by dobiec do Bystrzycy która prowadzi nas do Zalewu. Ostatnie trzy kilometry biegniemy ścieżką rowerową która prowadzi tuż obok zbiornika. Kilometry te pokonuję w 4 osobowej grupce. Dopingujemy się nawzajem oraz robimy zmiany jak w ucieczce na TdP. Do mety zostaje trochę ponad kilometr a ja czuję przypływ sił i zwiększam tempo. Udaje mi się wyprzedzić naprawdę sporo osób na ostatnich paruset metrach by w końcu wpaść na metę z czasem 47:28.
Na szyję wędruje medal w kształcie puzzla.
Zaraz po mnie na metę wbiegają moi towarzysze. Gratuluję im oraz dziękuję za wspólny bieg. A następnie udaję się orzeźwić mgiełką wodną która tego dnia była bardzo oblegana.
W oczekiwaniu na dekorację organizatorzy przygotowali dla uczestników giętą oraz napój.
Gdy już wszyscy dobiegli dekoracja oraz losowanie nagród oraz zapowiedź kolejnej imprezy!
I tak właśnie wyglądał mój ostatni start w zawodach.
Tęsknie za tym... ale mam nadzieję, że już niedługo gdzieś uda się pobiec. :-)
Powrót do domu minął dość szybko w towarzystwie muzyki oraz pysznych paluszków których było sporo w pakiecie startowym.
To tyle!
Z biegowym pozdrowieniem!
Wierszyk brzmiał tak: "Daleka jest droga do Lublina z Łodzi, jednak bieg po pięknym wschodzi przebyty dystans nam wynagrodzi", albo jakoś podobnie. Pakiet wygrałem chyba na dwa dni przed zawodami. Może to była jedna z przyczyn dla których postanowiłem nie robić treningu przed zawodami żeby nie nabawić się zakwasów.
Przyszedł dzień biegu. Była to niedziela. Bieg startował o godzinie 11:00. Wstałem jakoś przed 5:00. Choć ciężko mi się wstawało... Mimo tego, że dzień wcześniej skorzystałem ze wzoru matematycznego na wyliczenie odpowiedniej ilości złotego napoju jaką mogę wypić bym rano mógł legalnie poprowadzić auto ;-) ale zapomniałem skorzystać ze wzoru na wyspanie się... ale dobra :-) Poranne rześkie powietrze rozbudziło mnie. Pogoda zapowiadała się ładna. Co to będzie, co to będzie, rosa wszędzie, rosa wszędzie... ;-) jak to co? Piękny słoneczny dzień! No i ruszyłem... Niedziela w tak porannych godzinach to idealny czas na podróż. Kilometry mijały mi bardzo szybko. Znalazłem czas na postój a na miejscu byłem chwile po dziewiątej. Biuro zawodów już czynne. Biegacze się rozgrzewali a ja poszedłem trochę poopalać się nad zalew.
Ja odebrałem przygotowany dla mnie pakiet startowy wraz z koszulką w rozmiarze XL ale oczywiście udało się wymienić na mój rozmiar. No to co? Zrobiłem rozgrzewkę, pogadałem z nowo poznanymi biegaczami. Pytali się co to za Szakale? Jak trafiłem na tak odległy bieg itd... Narzekali, że mało biegów w Lubelskim. No i przyszedł czas startu!
Ja ustawiłem się na samym końcu stawki gdyż wiedziałem, że nie będę walczył o dobry wynik. Oczekujemy na sygnał startu. Głośne odliczanie od dziesięciu... Pani Minister Mucha ma wystrzelić z pistoletu który tutaj nosi nazwę startera jednak to się nie udaje. No ale w końcu ruszamy. Początek standardowo jak to we większości biegów... ciasno. Ale z upływem metrów robi się luźniej i przyjemniej. Udaje mi się przesuwać do przodu mimo iż wcale nie biegłem szybko :-) Poczułem wiatr w żaglach. Nawiązując do żeglujących na zalewie. Początek biegu prowadzi przez uliczki a tutaj sporo kibiców. Nieco oddalamy się od Zalewu Zemborzyckiego by za chwilę zrobić nawrót i przez cztery kilometry biec drogą równoległa do linii brzegowej zalewu. Głowa cały czas uciekała na lewo. Piękne widoki. Zalew a wokół las. Po drodze mijamy Kościół gdzie możemy liczyć na gorący doping od parafianów wychodzących z mszy. W okolicach 6 kilometra skręcamy w stronę zalewu by dobiec do Bystrzycy która prowadzi nas do Zalewu. Ostatnie trzy kilometry biegniemy ścieżką rowerową która prowadzi tuż obok zbiornika. Kilometry te pokonuję w 4 osobowej grupce. Dopingujemy się nawzajem oraz robimy zmiany jak w ucieczce na TdP. Do mety zostaje trochę ponad kilometr a ja czuję przypływ sił i zwiększam tempo. Udaje mi się wyprzedzić naprawdę sporo osób na ostatnich paruset metrach by w końcu wpaść na metę z czasem 47:28.
Na szyję wędruje medal w kształcie puzzla.
Zaraz po mnie na metę wbiegają moi towarzysze. Gratuluję im oraz dziękuję za wspólny bieg. A następnie udaję się orzeźwić mgiełką wodną która tego dnia była bardzo oblegana.
Gdy już wszyscy dobiegli dekoracja oraz losowanie nagród oraz zapowiedź kolejnej imprezy!
I tak właśnie wyglądał mój ostatni start w zawodach.
Tęsknie za tym... ale mam nadzieję, że już niedługo gdzieś uda się pobiec. :-)
Powrót do domu minął dość szybko w towarzystwie muzyki oraz pysznych paluszków których było sporo w pakiecie startowym.
To tyle!
Z biegowym pozdrowieniem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





.jpg)















