Czas w Anglii płynie dość szybko...
Praca wznowiona. Jeszcze sporo do zrobienia i załatwienia pozostało. Ale nie o tym...
Blog biegowy przestaje nim być. Moje dalsze bieganie pod wielkim znakiem zapytania. No ale co? Nadzieja pozostaje. Póki co w przerwie od biegania napiszę trochę o grze w tenisa, może coś o górach a może jeszcze jakąś opowieść...
Dzisiaj kolejny wpis o tenisie na kortach Nottingham! By the way... wczoraj w Polskim The voice of Poland śpiewał jakiś pan z tegoż to miasta.
Ale wróćmy na kort!
Przez kilka dni chodziłem z głową w dół ;)
Analizowałem swoje błędy i szukałem ich przezwyciężenia. Trochę zacząłem się ruszać. Rower, praca i spacery. Masa póki co nie spadła. Ale samopoczucie lepsze. Aktywność fizyczna to jest to czego potrzebuje mój organizm. To właśnie lubię. Obudzić się z zakwasami a nie z kacem...
A więc wczoraj była sobota, rano praca a
po południu długo oczekiwany rewanż!
Nastroje bojowe. Odgrażanie się kto wygra itd... ja pełen optymizmu bo mam już swoją rakietę.
Pogoda trafiła nam się dobra. Chmurki oszczędziły nas przed słońcem a do tego wiatru brak. Rozgrzewka jak zwykle niezbyt długa... kilkadziesiąt odbić, trochę serwisów i to tyle...
Rozpoczyna Kamil od serwisu. Pełna koncentracja i skupienie ma obu twarzach. Zaraz robi się 2 do 0 dla rywala. Pewnie pomyślał, że czeka go kolejny łatwy mecz. Lecz za chwilę robi się remisowo. Potem idziemy punkt za punkt i dochodzi do tie breaka. A tutaj pozbawiam złudzeń przeciwnika i po chwili jest 5-0. Była próba nawiązania walki lecz zdała się na marne. Siedem do trzech w punktach, siedem do sześciu w gemach i jeden do zera w setach ;) piękne rozpoczęcie!
Łyczek wody, krótka rozmowa:
- jak powiesz w domu o utracie tytułu?
- jeszcze nie koniec meczu
- z taką formą zaraz będzie koniec, gramy dalej czy się poddajesz?
- gramy
No to gramy. Chyba poczułem się zbyt pewnie bo w bardzo szybkim czasie zrobiło się 6 do 2. Ech... a więc jeszcze jeden set przed nami. Nic mi nie szło. Piłki w aut, problem z odebraniem serwisu i jeszcze inne drobne błędy. A Kamil chyba podpatrzył forehand u sąsiadów z kortu obok, też Polacy... grali naprawdę super! Ale zarówno sprzęt jak i staż bez porównania do naszego...
Dobra zaczynamy ostatni set!
Czuć zmęczenie. A do tego zaczynam od dwóch przegranych gemów. Biorę się do gry! Jedna z naszych wymian spodobała się nawet naszym sąsiadom. Jakże emocjonująca gra pod siatką! I chyba to był ten moment... zdobywam kolejne gemy. I bardzo szybko robi się 5 do 2 dla mnie. Teraz to już tylko formalność. A jednak nie... wynik zmienia się na 5 do 3 a zaraz na 5 do 4. I zaraz zmieniłby się na remisowy. Były już piłki gemowe... ale udało się. Koniec meczu. 2-1 (7-6,2-6,6-4).
Umarł król, niech żyje król!
PS.
nic tak dobrze nie konserwuje jak sól... sól z oczu...
niedziela, 28 września 2014
niedziela, 21 września 2014
Koniec wakacji...
Tak jak w tytule.
Dnia wczorajszego w samo południe, czasu Greenwich ,wylądowaliśmy na terenie UK. Trochę się chciało lecieć a trochę nie...
Przywitała nas typowo angielska pogoda.
No cóż? Przyzwyczaić się trzeba będzie.
Z lotniska odebrały nas te same osoby co dwa lata temu :) Dziękóweczka!
Wieczorkiem sportowe emocje przed telewizorem. Nasza siatkarska kadra pokonała Niemców. :)
A dzisiaj sport doświadczyłem na własnej skórze!
Skoro powrót do UK to powrót do tenisa!
Szybka rozgrzewka w postaci rowerka i
kilku piłek trwała chwilę.
No to zaczynamy! Hehe! Trzeba podtrzymać passę zwycięstw. Zaczynamy od mojego podania. Kamil od razu przełamuje... ech... no ale co tam :p zaraz mu się tym odwdzięczę. Przynajmniej taki był plan. A jak z realizacją? Po chwili było już 5 do 0... set już praktycznie stracony. A jednak nie? Kilka lepszych piłek, więcej walki i za chwilę zrobiło się remisowo. Aj! Kamil już na widelcu! Hehehe. Jest forma! Tracę jednego gema by za chwilę zdobyć kolejnego przy swoim podaniu. A więc jest tie break. Zaczyna się tragicznie i po chwili jest 5 do 1 dla Kamila. Ale co tam :p Nie z takich opresji się wychodziło :p biorę się do gry i za chwilę jest.... siedem do.... siedem do czterech :( no i dobra!
Niech się cieszy. Zaraz role się odwrócą.
Tak się odwróciły, że za chwilę było 4 do jaja... niestety to nie ja byłem tym lepszym.
Całe szczęście, że teraz szybciej się obudziłem. Zaczynam odrabiać straty. Jest pierwszy gem. Za chwilę tracę następnego. Jednak to następny gem przejdzie do historii. Moje podanie. Miało być szybko... a trwało dobre dwadzieścia minut. Albo i dłużej. Obroniłem w nim... uwaga, uwaga! 6 PIŁEK MECZOWYCH! O czymś to świadczy. Kto wygrał takiego ten jest mocny. Hura! Teraz już z górki. Jest moc, jest charakter. Stan 5-2. Następny gem to potwierdza. Trzy asy serwisowe. Szybkie zwycięstwo i koniec meczu. Osz kur...
GRATULACJE DLA NOWEGO MISTRZA!
Czapki z głów! Brawo!
I tak mógłbym zakończyć tego posta... ale nie pozwala mi na to moja ambicja :) niektórzy mawiają, że chora :p
Teraz kilka powodów przez które poniosłem klęskę, zaczynamy:
- mój rywal położył się chwilę wcześniej spać, a co za tym idzie opuściła go kolejka :p a może pół ;)
- w drodze na mecz dostałem gorszy rower ;) ponoć niejednej osobie już przysporzył kontuzję ;p ale co tam rower? Słabej baletnicy... gorsza była trasa :p nawet Kwiatkowski czy tam Majka mieliby problem żeby na takim twardym przełożeniu wyjechać pod taką górkę jaką zafundował mi Kamil... tak on wjechał bez problemu. Ale jego rowerek z nowiuśkim łańcuchem nawet nie zatrzeszczał na przełożeniu jeden-jeden. ;) chciał mnie pomęczyć? oceńcie to obiektywnie...
- kolejna drobnostka? A może istotna rzecz.
Nie grałem swoją rakietą! Hehe. Kto wie czy naciągi nie były celowo zluzowane :p
- a co myślicie o takiej drobnostce jaką jest biżuteria na palcu? Nieco inaczej wyważona ręka. Za czasów kawalerskich grałem bez... a dziś nastąpił mój debiut tenisowy w nowym stanie cywilnym ;)
- kolejna sprawa to... w sumie mało ważne ale wspomnę o tym... zwiększenie wagi o dobre 6 kg... choć i rywal też coś dorzucił do wagi ;)
- kondycja? Przez ostatnie kilka miesięcy mało sportu było...
- ej już wiem! To wszystko przez granie w kometkę! Przyzwyczaiłem się do innej rakiety. Dużo lżejszej i mniejszej...
- albo... no dobra nawet wielka Brazylia czasem przegrywa!
Dzisiaj Kamil był poprostu lepszy, mam tylko nadzieję, że nie będzie się cieszył tym tytułem tyle co Polska ;) 4 lata? Tydzień wystarczy :p
Czekam z niecierpliwością na rewanż!
Pozdrawiam nowego mistrza!
Dnia wczorajszego w samo południe, czasu Greenwich ,wylądowaliśmy na terenie UK. Trochę się chciało lecieć a trochę nie...
Przywitała nas typowo angielska pogoda.
No cóż? Przyzwyczaić się trzeba będzie.
Z lotniska odebrały nas te same osoby co dwa lata temu :) Dziękóweczka!
Wieczorkiem sportowe emocje przed telewizorem. Nasza siatkarska kadra pokonała Niemców. :)
A dzisiaj sport doświadczyłem na własnej skórze!
Skoro powrót do UK to powrót do tenisa!
Szybka rozgrzewka w postaci rowerka i
kilku piłek trwała chwilę.
No to zaczynamy! Hehe! Trzeba podtrzymać passę zwycięstw. Zaczynamy od mojego podania. Kamil od razu przełamuje... ech... no ale co tam :p zaraz mu się tym odwdzięczę. Przynajmniej taki był plan. A jak z realizacją? Po chwili było już 5 do 0... set już praktycznie stracony. A jednak nie? Kilka lepszych piłek, więcej walki i za chwilę zrobiło się remisowo. Aj! Kamil już na widelcu! Hehehe. Jest forma! Tracę jednego gema by za chwilę zdobyć kolejnego przy swoim podaniu. A więc jest tie break. Zaczyna się tragicznie i po chwili jest 5 do 1 dla Kamila. Ale co tam :p Nie z takich opresji się wychodziło :p biorę się do gry i za chwilę jest.... siedem do.... siedem do czterech :( no i dobra!
Niech się cieszy. Zaraz role się odwrócą.
Tak się odwróciły, że za chwilę było 4 do jaja... niestety to nie ja byłem tym lepszym.
Całe szczęście, że teraz szybciej się obudziłem. Zaczynam odrabiać straty. Jest pierwszy gem. Za chwilę tracę następnego. Jednak to następny gem przejdzie do historii. Moje podanie. Miało być szybko... a trwało dobre dwadzieścia minut. Albo i dłużej. Obroniłem w nim... uwaga, uwaga! 6 PIŁEK MECZOWYCH! O czymś to świadczy. Kto wygrał takiego ten jest mocny. Hura! Teraz już z górki. Jest moc, jest charakter. Stan 5-2. Następny gem to potwierdza. Trzy asy serwisowe. Szybkie zwycięstwo i koniec meczu. Osz kur...
GRATULACJE DLA NOWEGO MISTRZA!
Czapki z głów! Brawo!
I tak mógłbym zakończyć tego posta... ale nie pozwala mi na to moja ambicja :) niektórzy mawiają, że chora :p
Teraz kilka powodów przez które poniosłem klęskę, zaczynamy:
- mój rywal położył się chwilę wcześniej spać, a co za tym idzie opuściła go kolejka :p a może pół ;)
- w drodze na mecz dostałem gorszy rower ;) ponoć niejednej osobie już przysporzył kontuzję ;p ale co tam rower? Słabej baletnicy... gorsza była trasa :p nawet Kwiatkowski czy tam Majka mieliby problem żeby na takim twardym przełożeniu wyjechać pod taką górkę jaką zafundował mi Kamil... tak on wjechał bez problemu. Ale jego rowerek z nowiuśkim łańcuchem nawet nie zatrzeszczał na przełożeniu jeden-jeden. ;) chciał mnie pomęczyć? oceńcie to obiektywnie...
- kolejna drobnostka? A może istotna rzecz.
Nie grałem swoją rakietą! Hehe. Kto wie czy naciągi nie były celowo zluzowane :p
- a co myślicie o takiej drobnostce jaką jest biżuteria na palcu? Nieco inaczej wyważona ręka. Za czasów kawalerskich grałem bez... a dziś nastąpił mój debiut tenisowy w nowym stanie cywilnym ;)
- kolejna sprawa to... w sumie mało ważne ale wspomnę o tym... zwiększenie wagi o dobre 6 kg... choć i rywal też coś dorzucił do wagi ;)
- kondycja? Przez ostatnie kilka miesięcy mało sportu było...
- ej już wiem! To wszystko przez granie w kometkę! Przyzwyczaiłem się do innej rakiety. Dużo lżejszej i mniejszej...
- albo... no dobra nawet wielka Brazylia czasem przegrywa!
Dzisiaj Kamil był poprostu lepszy, mam tylko nadzieję, że nie będzie się cieszył tym tytułem tyle co Polska ;) 4 lata? Tydzień wystarczy :p
Pozdrawiam nowego mistrza!
poniedziałek, 8 września 2014
powrót! podejście pierwsze!!!
Witam ponownie.
Minął miesiąc odkąd nabawiłem się urazu kolana.
W między czasie kilka razy wybrałem się na przejażdżki rowerowe, do tego jakieś spacery m.in. grzybobranie :-)
Co z nogą?
Kolano jeszcze osłabione ale działa. Wczoraj pograłem w kometkę z kumplami. Nadal jestem niepokonany na boiskach/kortach/polach Zielonej Góry!!!
Nie będę ukrywał, że stęskniłęm się za sportem. Widok biegnącej osoby podnosił mi ciśnienie. Po głowie chodziła myśl... "kiedy ja będę gotów na taką aktywność?"
No i stało się!!
Dzisiaj rano nastąpiła ta chwila!!!
Hura !!!
Waga poszła znowu w górę :-/ Może nie wyglądam jak człowiek opona...
Z chwilą wyjścia na trening założyłem, że dystans 2 km będzie wystarczający. Jakie tempo?? Powolne. Tak, żeby to wyglądało jak bieg. :-)
Minął miesiąc odkąd nabawiłem się urazu kolana.
W między czasie kilka razy wybrałem się na przejażdżki rowerowe, do tego jakieś spacery m.in. grzybobranie :-)
Co z nogą?
Kolano jeszcze osłabione ale działa. Wczoraj pograłem w kometkę z kumplami. Nadal jestem niepokonany na boiskach/kortach/polach Zielonej Góry!!!
Nie będę ukrywał, że stęskniłęm się za sportem. Widok biegnącej osoby podnosił mi ciśnienie. Po głowie chodziła myśl... "kiedy ja będę gotów na taką aktywność?"
No i stało się!!
Dzisiaj rano nastąpiła ta chwila!!!
Hura !!!
Waga poszła znowu w górę :-/ Może nie wyglądam jak człowiek opona...
Ale już coś tam ciąży...
![]() |
| zdjęcie z moimi rywalami kometkowymi!!! |
Z chwilą wyjścia na trening założyłem, że dystans 2 km będzie wystarczający. Jakie tempo?? Powolne. Tak, żeby to wyglądało jak bieg. :-)
![]() |
| W koszulce sylwetka prawie sportowa :-) |
Zrobiłem porządną rozgrzewkę! I ruszyłem w asyście trenera :-)
Tempa nie forsowałem, żeby nie przeciążyć nogi ;-) A jak się okazało to i całego organizmu...
Gdzieś zgubiłem kondycję :-/
Łącznie wyszło trochę ponad 3 kilometry tempem poniżej 7 min/km.
Nie ma co ukrywać, że słabo to wygląda. Ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.
Póki co moim celem jest zrzucenie kilku kilogramów ;-) I wrócić do amatorskiego biegania!
Pozdrawiam!!!
niedziela, 17 sierpnia 2014
To miał być powrót...a jest zakończenie kariery...
Brak dostępu do internetu, spowodował, że dopiero teraz publikuje ten post.
Powrót...
Powrót do pisania...
Dawno tutaj nie zaglądałęm. Główną przyczyną był brak czasu i trochę lenistwo...
Sporo od ostatniego postu się działo. Choć samego biegania nie było zbyt wiele...
jednak mimo wszystko było trochę sportowo.
Powoli postaram się do wszystkiego wrócić a dzisiaj napiszę o powrocie do biegania.
Na kalendarzu widnieje 23 lipca. Już ponad dwa miesiące oddycham polskim powietrzem. Od ponad miesiąca nie jestem już kawalerem...
A od wczoraj nie jestem już bezrobotnym... :-) Muszę jeszcze przyznać, że małżeństwo mi służy... a może to niebieganie mi
służy?
Albo jak to mawiała babka od niemca : zuzamen do kupy...
Nie da się ukryć, że wrzuciłem kilka kilo na ruszt... Wczoraj jeszcze się objadłem parowcami z jagodami,
dokończyłem przedwczorajszą pizze, dorzuciłem kilka frytek, wieczorem trochę czipsów i piwek...
No ale... !!
Dzisiaj nastąpił przełom. Budziki nastawione na 5:30!! Tak! Tak! Sam może bym się nie zmotywował na takie poranne bieganie?
Ale postanowił się wybrać ze mną brat. Wyszykowaliśmy się w mgnieniu oka... POdczas gdy garminy szukają sygnału
my robimy krótką rozgrzewkę podczas której
Ustalamy, że zrobimy 5-6 km... Uchylamy bramę a pierwszy startuje Bambi!!
Kiedyś już pisałem o nim... Jaki to z niego sportowiec!
Ruszył szybko, mimo swoich zaledwie 13 centymetrowych łap. staraliśmy się dotrzymać mu kroku... I całkiem nieźle nam to szło.
Szkoda tylko, że Bambino nie miał swojego pulsometru... Tak byśmy mieli już kompletne porównanie naszych obecnych form :-)
Mi serducho waliło szybciej... czasem tylko 2 uderzenia na mimnutę, zwykle 5 uderzeń, a czasami było to nawet 12 uderzeń.
A może i więcej... Potem porównam na odczytach :P
Warunki pogodowe super. Słonecznie ale temperatura bardzo przyjemna do aktywności. Lecimy tempem poniżej 6 km/min :-)
Trasa na standardzie: do gajówki...(której już nie ma), potem do skrzyżowania białych dróg... walimy w prawot w kierunku wsi Borowa.
W lesie nawet coś tam popadało, w dołku na drodze jest mała kałuża. Może pojawią się jakieś grzyby wkrótce? Póki co nie ma
ich zbyt wiele... Takie doszły mnie słuchy. No ale... wracając do tej kałuży. Myślałem, że Bambus walnie z dwa łyki... ale
się pomyliłem. Może biegł tak szybko, że jej nie zauważył? A może poprostu nie był spragniony...?? Ale przecież to nie
był od taki spacerek... Mnie już trochę suszyło i Bartka też... No ale dobra... nie będę się użalał nad sobą :P
Po chwili odbijamy w Lewo w Kuroską/Kurowską drogę. Jedna z moich ulubionych dróg w tym lesie... wspomnienie wspolnego
jagodobrania z dziadkiem Heńkiem zawsze odżywa... wspaniałe chwile.
No a wracając do biegu... idzie mi całkiem nieźle jak na taką przerwę... zważając na to,że ostani raz biegłem 13 czerwca...
Dalej kieujemy się na Bajerowy/Bajorowy dukt. Ale nim poruszamy się tylko chwilę, bo odbijamy pierwszą w
prawo do białej drogi. I pomysł był trafiony. Bo dystansowo dzieki temu zabiegowy zrobimy ok. 6 km.
Jednak po 150 metrach droga się kończy. I zaczynamy prawdziwy cross :-) Jako, że ja prowadzę zrywam pajęczyny i koncentruję się głównie
na tym... i przez to o mało bym nie zauważył sarny... ale przecież mawiają, że co się odwlecze to nie uciecze ;)
Po chwili napotykamy całą rodzinkę. Dwa duże osobniki i jeden malutki... tego roczny... choć i tak wyższy o 15 cm od Bambiego ;-)
Jelonek Bambi... było coś takiego :P Hehe
Nasz czujny towarzysz też dostrzegł zwierzynę. I mimo tego, że biegł za nami to po chwili był przed nami i wbiegł w zagajnik za
sarenkami. Widać, że kiełbasa podawana w misce to za mało by pozbawić go instynktu łowcy :-) Gonitwa nie trwała zbyt długo...
Najprawdopodobniej odpuścił gdy zobaczył bezbronnego malca na tyle :P
My biegniemy dalej przez chęchy... ale w końcu pojawia się na horyzoncie biała droga.
Kończą się warunki ekstremalne a my kierujemy się już w stronę domu. Tym razem napotkana kałuża służy jako wodopój dla psiaka...
Sporo kosztował go przed chwilą zakończony sprint... Stajemy raptem na 34 sekundy, żeby nie zdążyły ostygnąć mięśnie :-)
Reszta trasy już spokojnie. Łącznie wybiło 6 km. Bambo zmęczony. Musi jeszcze włóżyć nieco pracy, żeby pokonać swoją pierwszą dychę!!
A ja jeszcze trochę pracy, żeby zbudować jakąkolwiek formę!!
Dzięki za trening!!
Do napisania!!
Tak to wyglądało dwie godziny po treningu. Potem rozbolała mnie noga... A ostatnio po wieczorze kawalerskim brata uszkodziłem łąkotkę i naderwałem więzadła poboczne strzałkowe...
Z bieganiem daję sobie spoój na dłuższy czas... Póki co trochę jeżdżę na rowerze.
Pozdrawiam
Powrót...
Powrót do pisania...
Dawno tutaj nie zaglądałęm. Główną przyczyną był brak czasu i trochę lenistwo...
Sporo od ostatniego postu się działo. Choć samego biegania nie było zbyt wiele...
jednak mimo wszystko było trochę sportowo.
Powoli postaram się do wszystkiego wrócić a dzisiaj napiszę o powrocie do biegania.
Na kalendarzu widnieje 23 lipca. Już ponad dwa miesiące oddycham polskim powietrzem. Od ponad miesiąca nie jestem już kawalerem...
A od wczoraj nie jestem już bezrobotnym... :-) Muszę jeszcze przyznać, że małżeństwo mi służy... a może to niebieganie mi
służy?
Albo jak to mawiała babka od niemca : zuzamen do kupy...
Nie da się ukryć, że wrzuciłem kilka kilo na ruszt... Wczoraj jeszcze się objadłem parowcami z jagodami,
dokończyłem przedwczorajszą pizze, dorzuciłem kilka frytek, wieczorem trochę czipsów i piwek...
No ale... !!
Dzisiaj nastąpił przełom. Budziki nastawione na 5:30!! Tak! Tak! Sam może bym się nie zmotywował na takie poranne bieganie?
Ale postanowił się wybrać ze mną brat. Wyszykowaliśmy się w mgnieniu oka... POdczas gdy garminy szukają sygnału
my robimy krótką rozgrzewkę podczas której
Ustalamy, że zrobimy 5-6 km... Uchylamy bramę a pierwszy startuje Bambi!!
Kiedyś już pisałem o nim... Jaki to z niego sportowiec!
Ruszył szybko, mimo swoich zaledwie 13 centymetrowych łap. staraliśmy się dotrzymać mu kroku... I całkiem nieźle nam to szło.
Szkoda tylko, że Bambino nie miał swojego pulsometru... Tak byśmy mieli już kompletne porównanie naszych obecnych form :-)
Mi serducho waliło szybciej... czasem tylko 2 uderzenia na mimnutę, zwykle 5 uderzeń, a czasami było to nawet 12 uderzeń.
A może i więcej... Potem porównam na odczytach :P
Warunki pogodowe super. Słonecznie ale temperatura bardzo przyjemna do aktywności. Lecimy tempem poniżej 6 km/min :-)
Trasa na standardzie: do gajówki...(której już nie ma), potem do skrzyżowania białych dróg... walimy w prawot w kierunku wsi Borowa.
W lesie nawet coś tam popadało, w dołku na drodze jest mała kałuża. Może pojawią się jakieś grzyby wkrótce? Póki co nie ma
ich zbyt wiele... Takie doszły mnie słuchy. No ale... wracając do tej kałuży. Myślałem, że Bambus walnie z dwa łyki... ale
się pomyliłem. Może biegł tak szybko, że jej nie zauważył? A może poprostu nie był spragniony...?? Ale przecież to nie
był od taki spacerek... Mnie już trochę suszyło i Bartka też... No ale dobra... nie będę się użalał nad sobą :P
Po chwili odbijamy w Lewo w Kuroską/Kurowską drogę. Jedna z moich ulubionych dróg w tym lesie... wspomnienie wspolnego
jagodobrania z dziadkiem Heńkiem zawsze odżywa... wspaniałe chwile.
No a wracając do biegu... idzie mi całkiem nieźle jak na taką przerwę... zważając na to,że ostani raz biegłem 13 czerwca...
Dalej kieujemy się na Bajerowy/Bajorowy dukt. Ale nim poruszamy się tylko chwilę, bo odbijamy pierwszą w
prawo do białej drogi. I pomysł był trafiony. Bo dystansowo dzieki temu zabiegowy zrobimy ok. 6 km.
Jednak po 150 metrach droga się kończy. I zaczynamy prawdziwy cross :-) Jako, że ja prowadzę zrywam pajęczyny i koncentruję się głównie
na tym... i przez to o mało bym nie zauważył sarny... ale przecież mawiają, że co się odwlecze to nie uciecze ;)
Po chwili napotykamy całą rodzinkę. Dwa duże osobniki i jeden malutki... tego roczny... choć i tak wyższy o 15 cm od Bambiego ;-)
Jelonek Bambi... było coś takiego :P Hehe
Nasz czujny towarzysz też dostrzegł zwierzynę. I mimo tego, że biegł za nami to po chwili był przed nami i wbiegł w zagajnik za
sarenkami. Widać, że kiełbasa podawana w misce to za mało by pozbawić go instynktu łowcy :-) Gonitwa nie trwała zbyt długo...
Najprawdopodobniej odpuścił gdy zobaczył bezbronnego malca na tyle :P
My biegniemy dalej przez chęchy... ale w końcu pojawia się na horyzoncie biała droga.
Kończą się warunki ekstremalne a my kierujemy się już w stronę domu. Tym razem napotkana kałuża służy jako wodopój dla psiaka...
Sporo kosztował go przed chwilą zakończony sprint... Stajemy raptem na 34 sekundy, żeby nie zdążyły ostygnąć mięśnie :-)
Reszta trasy już spokojnie. Łącznie wybiło 6 km. Bambo zmęczony. Musi jeszcze włóżyć nieco pracy, żeby pokonać swoją pierwszą dychę!!
A ja jeszcze trochę pracy, żeby zbudować jakąkolwiek formę!!
Dzięki za trening!!
Do napisania!!
Tak to wyglądało dwie godziny po treningu. Potem rozbolała mnie noga... A ostatnio po wieczorze kawalerskim brata uszkodziłem łąkotkę i naderwałem więzadła poboczne strzałkowe...
Z bieganiem daję sobie spoój na dłuższy czas... Póki co trochę jeżdżę na rowerze.
Pozdrawiam
sobota, 17 maja 2014
liczby... liczby...
Udało się załatwić wolne w pracy... mimo, że to sobota :-) Rano się wstało i trochę pobiegało...
Dokładnie tyle:
Czasu na pisanie mało... dużo zawarte w załączonej ilustracji.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
urodziny tego dnia...
środa, 14 maja 2014
na zakwasie!
Na zakwasie chleb jest pyszny!! Nie to co angielska wata zapakowana w folię...
A czy bieganie na zakwasie jest przyjemne? Co kto lubi... kwestia gustu :P
Z pewnością jest przyjemniejsze niż bieganie z urazem.
Wczoraj kładłem się spać z myślą, że może zrobię dzisiaj lekki trening. A gdy wstałem stwierdziłem, że nic się nie zmieniło. Przed wyjściem skonsumowałem pomarańcza i dwie kostki czekolady :-) W bidom poszła zielona herbata, zegarek odpalony na parapecie szuka sygnału a ja przystępuję do rozgrzewki. Bardzo ważna sprawa przeze mnie zaniedbywana :-/ Zaniedbywana jak ośrodek kolonijny w Justynowie... Swoją drogą ciekawe co z nim? Miało coś tam się ruszyć...
U mnie się ruszyło! Postanowiłem, że zawsze poświęcę na nią przynajmniej 7 minut! Obym słowa swojego lekko nie ważył. Dzisiaj trwało to wystarczająco długo. Było czuć zakwaszone mięśnie. Szczególnie gdy schodziłem po schodach.
O samym treningu dużo pisania nie ma. Zakładałem zrobić 6-7 km tempem nieco szybszym niż 5:55 min/km. Ruszyłem spokojnie, żeby nogi złapały odpowiedni rytm. A z tym był mały problem... Szczególnie gdy trzeba było zbiegać z górki. Ale udało się zrobić zamierzone tempo począwszy od pierwszego do ostatniego kilometra. Biegaczy w parku multum. Byłoby miło powrócić do biegania ;-)
A tutaj mój trening w statystykach:
Kolejny trening być może w piątek... :-) Oby tylko nic nie zaczęło mocniej boleć!
pozdrawiam!!
A czy bieganie na zakwasie jest przyjemne? Co kto lubi... kwestia gustu :P
Z pewnością jest przyjemniejsze niż bieganie z urazem.
U mnie się ruszyło! Postanowiłem, że zawsze poświęcę na nią przynajmniej 7 minut! Obym słowa swojego lekko nie ważył. Dzisiaj trwało to wystarczająco długo. Było czuć zakwaszone mięśnie. Szczególnie gdy schodziłem po schodach.
O samym treningu dużo pisania nie ma. Zakładałem zrobić 6-7 km tempem nieco szybszym niż 5:55 min/km. Ruszyłem spokojnie, żeby nogi złapały odpowiedni rytm. A z tym był mały problem... Szczególnie gdy trzeba było zbiegać z górki. Ale udało się zrobić zamierzone tempo począwszy od pierwszego do ostatniego kilometra. Biegaczy w parku multum. Byłoby miło powrócić do biegania ;-)
A tutaj mój trening w statystykach:
Kolejny trening być może w piątek... :-) Oby tylko nic nie zaczęło mocniej boleć!
pozdrawiam!!
wtorek, 13 maja 2014
Oto jest dzień!!
Może wróciłem do biegania a może było to tylko sporadyczne wyjście... a na następne dopiero przyjdzie pora za miesiąc?
Ale przede mną jeszcze trening biegowy. Obawy spore! Tym bardziej, że trening nie był w pojedynkę. Nie chciałem blado wypaść na tle brata. No ale czego się można spodziewać po kimś co w ogóle nie biega, lubi piwo... nawet przed treningiem co widać po brzuchu... ech... a do tego te intensywnie spędzone minione trzy dni. Do biegu byłem przygotowany profesjonalnie!! No ale jak to mawiają: raz kozie śmierć!
Co by nie było urlop w Polsce należy zaliczyć do udanych! Było obficie wszystkiego.
Udało się kupić wdzianko na ślub, do którego zostało już mniej dni niż maraton ma kilometrów. Udało się zjeść dużo pyszności zarówno tych zrobionych przez mamę, pizzermana a także przez panie kucharki.
Udało się kupić wdzianko na ślub, do którego zostało już mniej dni niż maraton ma kilometrów. Udało się zjeść dużo pyszności zarówno tych zrobionych przez mamę, pizzermana a także przez panie kucharki.
Była również msza i to bardzo wyjątkowa, bo pierwszokomunijna. Oprawa mszy była naprawdę niezwykła, piękne pieśni, świetny organista itd... ! Po mszy uroczystość w lokalu. A tam... prócz pysznego jedzenia było też trochę sportu. Zagraliśmy mecz w piłkę nożną. Komunia Dawida przeciwko Komunii Płonące Indyki (do przeciwnej drużyny tuż przed meczem podjechało płonące ptastwo). Emocje były spore. Mało mi spodnie nie pękły... :-/ jak kupowałem je na sylwestra to był luźne... a teraz? Teraz luźne nie są :D Spodnie nie pękły ale na ziemi wylądowałem... Lecz nie symulowałem jak Ci nażelowani piłkarze z telewizji ;P Po prostu wpadłem w poślizg. Mecz był niezwykle emocjonujący a gra była twarda, jedni zawodnicy dostawali czerwone kartki, innych eliminowały sprawy których nie można lekko ważyć! Ale udało się!! Płonące indyki nie dały nam rady! 6-4!! Takim rezultatem zakończył się mecz!! Potem były jeszcze kolejne mecze. Ale były to już gry wewnętrzne ;-) Do tego na "sali" czy tam "hali".
No ale do sedna! Mecze te okupiłem solidnymi zakwasami. Przynajmniej tak mi się wydawało, że są solidne. Obudziłem się w całkiem niezłym stanie. I postanowiłem, że tak jak sobie obiecałem, czyli od wielkiego dzwonu będę biegał. No to co? Kierunek Zielonka. ----->
Najpierw spacerek, żeby zapoznać się z trasą. Bez żadnego tempa, wyłącznie radowanie się tym co kocham! Bukiet konwalii potem szukanie mrowiska...
Jednak tak jak i ja mrówki chyba zmieniły miejsce zamieszkania :-/ Brakowało mi tego powietrza! W lesie niedawno skończyła się przycinka. A co za tym idzie intensywna woń żywicy była naszym towarzyszem.
Niestety nie udało się zobaczyć z bliska żadnego większego zwierzęcia... A bardzo liczyłem na sarenkę bądź dzika. Ale nie liczyłem na kukułkę!! A ta nagle dała o sobie znać. Ku-ku, ku-ku... Całe szczęście, że w kieszeni znalazło się kilka groszy. Nie dałem się okukać!
Jak się okazało tego spaceru wyszło równiutko osiem kilometrów!!! Super!!
Ale przede mną jeszcze trening biegowy. Obawy spore! Tym bardziej, że trening nie był w pojedynkę. Nie chciałem blado wypaść na tle brata. No ale czego się można spodziewać po kimś co w ogóle nie biega, lubi piwo... nawet przed treningiem co widać po brzuchu... ech... a do tego te intensywnie spędzone minione trzy dni. Do biegu byłem przygotowany profesjonalnie!! No ale jak to mawiają: raz kozie śmierć!
Garminy położone na stoliku szukają sygnału, a my w tym czasie zajmujemy się krótką rozgrzewką!
Jakie założenia na bieg? Od razu dałem wytyczne, że tempo dla mnie to 5:30-5:45 a dystans chciałbym dość długi... Niestety ograniczał nas czas więc postanowiliśmy że zrobimy coś w granicach 12-15 km. No i ruszyliśmy. Ja zająłem się trzymaniem butelki... bo wiedziałem, że to ja będę przeważnie z niej korzystał (okazało się, że wyłącznie ja). Nie przebiegliśmy nawet połowy kilometra a już pierwsza niespodzianka... Za nami ktoś biegnie by po chwili nas wyprzedzić.... Któż to? Kto ważył się nas wyprzedzić i to tak zdecydowanie? W sumie były to cztery nogi. Czyli tak jak i u nas. Z tym, że należały do jednego stworzenia.
Bartek: - O nie! Bambo!!! Co Ty tutaj robisz?
Bambo: - Hau! Hau! (Biegnę z Wami! a co zdziwiony?)
Bartek: - O nie! Bambo!!! Co Ty tutaj robisz?
Bambo: - Hau! Hau! (Biegnę z Wami! a co zdziwiony?)
Ja: No i co teraz? Bierzemy go na trening?
Bartek: - Chyba nie, bo dla niego maks to 5 kilometrów.
Bambo na to zamerdał ogonem, ale chyba nie był zadowolony z tego co mówił do niego Pan.
Michał: - No to chodź zawrócimy i go odstawimy.
No i tak zrobiliśmy. Bambus był rozczarowany naszym zachowaniem. Mocno na nas nakrzyczał. Było widać, że miał do nas żal. I słychać też.
Bambo na to zamerdał ogonem, ale chyba nie był zadowolony z tego co mówił do niego Pan.
Michał: - No to chodź zawrócimy i go odstawimy.
No i tak zrobiliśmy. Bambus był rozczarowany naszym zachowaniem. Mocno na nas nakrzyczał. Było widać, że miał do nas żal. I słychać też.
I tak nam upłynął pierwszy kilometr a my nadal w miejscu startu.
No ale dobra!! Bez spinania się, biegniemy sobie powoli. Za chwilę zaczyna się górka a w sumie to małe nachylenie. Pada propozycja,żeby przyspieszyć. No to dawaj!!! Całkiem nieźle nam poszło! Podczas zbiegu z górki wyrównujemy oddech. Ale za chwile scena jak z wyścigu, lecz tym razem nie Apollo Creeed kontra Rocky Balboa lecz nasza dwójka się ściga. Pociągnęliśmy tak dobre trzysta metrów!! Potem znowu pora na wyrównanie oddechu. A ja myślę, czy mądre takie bieganie? Przypomniałem sobie, że przecież mam spore braki. Ale potem już było spokojnie. Bez żadnych szarży. Choć tempo i tak sporo szybsze od zakładanego. Bo poniżej 5:20. I tak sobie biegliśmy i biegliśmy. Trasa wymarzona! Zieleń, szum drzew. Nawet trafiliśmy na gaj poprzedniego Papieża(postawiono upamiętniającą tablicę w tym miejscu). Nigdy wcześniej tam nie byłem. Do tego czasu biegło mi się dobrze...
No ale dobra!! Bez spinania się, biegniemy sobie powoli. Za chwilę zaczyna się górka a w sumie to małe nachylenie. Pada propozycja,żeby przyspieszyć. No to dawaj!!! Całkiem nieźle nam poszło! Podczas zbiegu z górki wyrównujemy oddech. Ale za chwile scena jak z wyścigu, lecz tym razem nie Apollo Creeed kontra Rocky Balboa lecz nasza dwójka się ściga. Pociągnęliśmy tak dobre trzysta metrów!! Potem znowu pora na wyrównanie oddechu. A ja myślę, czy mądre takie bieganie? Przypomniałem sobie, że przecież mam spore braki. Ale potem już było spokojnie. Bez żadnych szarży. Choć tempo i tak sporo szybsze od zakładanego. Bo poniżej 5:20. I tak sobie biegliśmy i biegliśmy. Trasa wymarzona! Zieleń, szum drzew. Nawet trafiliśmy na gaj poprzedniego Papieża(postawiono upamiętniającą tablicę w tym miejscu). Nigdy wcześniej tam nie byłem. Do tego czasu biegło mi się dobrze...
Siódmy kilometr zrobiliśmy jeszcze szybciej. Wtedy nogi dały znać ,że rozbrat ze sportem to nie ściema! Ale się nie poddawałem.A nawet przyspieszyliśmy!! Tempo ponad miarę moich możliwości!! Ale co tam!! Nie dam po sobie nic pokazać :D Mijając dwie seniority udaję, że to ja jestem ten bardziej wypoczęty ;-) Ech... pomyliłem słowa to nie seniority a seniorki. Spacerowały z kijkami nordic-walking w towarzystwie psa. (tutaj by był problem z Bambim :P) No ale lecimy dalej a przy tym śrubujemy kolejne kilometry w dobrych czasach! Ja już zaczynam odliczać w głowie ile do mety. Jest coraz ciężej. I o ile wcześniej miałem ochotę na rozmowę, to teraz już nie zagaduję. Koncentruję się wyłącznie na biegu i próbie wyrównania oddechu! Ale jak ma mi się to udać skoro my nie zwalniamy? Jednak zarówno mój garmin jak i Bartka zgubił sygnał w tym samym miejscu (chyba to nie jest zbieg okoliczności, że stało się to nieopodal jednostki wojskowej). Bartek mówi, że czasem się to zdarza w tym miejscu. No i przez ten mały "myk"... teoretycznie "zwolniliśmy". Ale to nic... Do mety jeszcze dwa kilometry. Już blisko!! Hura!! Jestem spokojny o swoją przyszłość.
Ale okazuje, że teraz się zaczyna! Tempo wzrasta! Bartek rezygnuje z biegu ramię w ramię :-/ Wyprzedza mnie i biegnie trzy metry przede mną! No a tempo coraz szybsze... Nie wiem jak to się stało, że nie zwolniłem kroku? Chyba nie miałem siły do niego krzyknąć żeby się uspokoił. Choć miałem taki zamiar! I tak kolejno 12 i 13 kilometr wyszedł tempem w granicach 4:15!! Echh....!!!
W końcu meta!!
Zbiliśmy piątki!! Pogratulowałem bratu formy a on mi zawziętości :D Nieźle mnie pociągnął!! Dopiero jak stanąłem to się zaczęło!! Skurcze itd...!! Za chwilę nogi jak z waty. Bambik mało co mnie nie przewrócił ;-)
Ale dumny z siebie byłem i jestem!! Szkoda tylko, że nie miałem pulsometru... Zasłużyłem na pizze i coś do popicia ;-)
Jestem mega zadowolony z takiego wspólnego treningu!! Wielkie dzięki za lekcje!!
Tylko te zakwasy... dzisiaj są ogromne!!! Ledwo co udało mi się wyjść z samolotu.... a potem jeszcze spacer z walizką do domu... ;-)
pozdrowienia!!!
pozdrowienia!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























