Brak dostępu do internetu, spowodował, że dopiero teraz publikuje ten post.
Powrót...
Powrót do pisania...
Dawno tutaj nie zaglądałęm. Główną przyczyną był brak czasu i trochę lenistwo...
Sporo od ostatniego postu się działo. Choć samego biegania nie było zbyt wiele...
jednak mimo wszystko było trochę sportowo.
Powoli postaram się do wszystkiego wrócić a dzisiaj napiszę o powrocie do biegania.
Na kalendarzu widnieje 23 lipca. Już ponad dwa miesiące oddycham polskim powietrzem. Od ponad miesiąca nie jestem już kawalerem...
A od wczoraj nie jestem już bezrobotnym... :-) Muszę jeszcze przyznać, że małżeństwo mi służy... a może to niebieganie mi
służy?
Albo jak to mawiała babka od niemca : zuzamen do kupy...
Nie da się ukryć, że wrzuciłem kilka kilo na ruszt... Wczoraj jeszcze się objadłem parowcami z jagodami,
dokończyłem przedwczorajszą pizze, dorzuciłem kilka frytek, wieczorem trochę czipsów i piwek...
No ale... !!
Dzisiaj nastąpił przełom. Budziki nastawione na 5:30!! Tak! Tak! Sam może bym się nie zmotywował na takie poranne bieganie?
Ale postanowił się wybrać ze mną brat. Wyszykowaliśmy się w mgnieniu oka... POdczas gdy garminy szukają sygnału
my robimy krótką rozgrzewkę podczas której
Ustalamy, że zrobimy 5-6 km... Uchylamy bramę a pierwszy startuje Bambi!!
Kiedyś już pisałem o nim... Jaki to z niego sportowiec!
Ruszył szybko, mimo swoich zaledwie 13 centymetrowych łap. staraliśmy się dotrzymać mu kroku... I całkiem nieźle nam to szło.
Szkoda tylko, że Bambino nie miał swojego pulsometru... Tak byśmy mieli już kompletne porównanie naszych obecnych form :-)
Mi serducho waliło szybciej... czasem tylko 2 uderzenia na mimnutę, zwykle 5 uderzeń, a czasami było to nawet 12 uderzeń.
A może i więcej... Potem porównam na odczytach :P
Warunki pogodowe super. Słonecznie ale temperatura bardzo przyjemna do aktywności. Lecimy tempem poniżej 6 km/min :-)
Trasa na standardzie: do gajówki...(której już nie ma), potem do skrzyżowania białych dróg... walimy w prawot w kierunku wsi Borowa.
W lesie nawet coś tam popadało, w dołku na drodze jest mała kałuża. Może pojawią się jakieś grzyby wkrótce? Póki co nie ma
ich zbyt wiele... Takie doszły mnie słuchy. No ale... wracając do tej kałuży. Myślałem, że Bambus walnie z dwa łyki... ale
się pomyliłem. Może biegł tak szybko, że jej nie zauważył? A może poprostu nie był spragniony...?? Ale przecież to nie
był od taki spacerek... Mnie już trochę suszyło i Bartka też... No ale dobra... nie będę się użalał nad sobą :P
Po chwili odbijamy w Lewo w Kuroską/Kurowską drogę. Jedna z moich ulubionych dróg w tym lesie... wspomnienie wspolnego
jagodobrania z dziadkiem Heńkiem zawsze odżywa... wspaniałe chwile.
No a wracając do biegu... idzie mi całkiem nieźle jak na taką przerwę... zważając na to,że ostani raz biegłem 13 czerwca...
Dalej kieujemy się na Bajerowy/Bajorowy dukt. Ale nim poruszamy się tylko chwilę, bo odbijamy pierwszą w
prawo do białej drogi. I pomysł był trafiony. Bo dystansowo dzieki temu zabiegowy zrobimy ok. 6 km.
Jednak po 150 metrach droga się kończy. I zaczynamy prawdziwy cross :-) Jako, że ja prowadzę zrywam pajęczyny i koncentruję się głównie
na tym... i przez to o mało bym nie zauważył sarny... ale przecież mawiają, że co się odwlecze to nie uciecze ;)
Po chwili napotykamy całą rodzinkę. Dwa duże osobniki i jeden malutki... tego roczny... choć i tak wyższy o 15 cm od Bambiego ;-)
Jelonek Bambi... było coś takiego :P Hehe
Nasz czujny towarzysz też dostrzegł zwierzynę. I mimo tego, że biegł za nami to po chwili był przed nami i wbiegł w zagajnik za
sarenkami. Widać, że kiełbasa podawana w misce to za mało by pozbawić go instynktu łowcy :-) Gonitwa nie trwała zbyt długo...
Najprawdopodobniej odpuścił gdy zobaczył bezbronnego malca na tyle :P
My biegniemy dalej przez chęchy... ale w końcu pojawia się na horyzoncie biała droga.
Kończą się warunki ekstremalne a my kierujemy się już w stronę domu. Tym razem napotkana kałuża służy jako wodopój dla psiaka...
Sporo kosztował go przed chwilą zakończony sprint... Stajemy raptem na 34 sekundy, żeby nie zdążyły ostygnąć mięśnie :-)
Reszta trasy już spokojnie. Łącznie wybiło 6 km. Bambo zmęczony. Musi jeszcze włóżyć nieco pracy, żeby pokonać swoją pierwszą dychę!!
A ja jeszcze trochę pracy, żeby zbudować jakąkolwiek formę!!
Dzięki za trening!!
Do napisania!!
Tak to wyglądało dwie godziny po treningu. Potem rozbolała mnie noga... A ostatnio po wieczorze kawalerskim brata uszkodziłem łąkotkę i naderwałem więzadła poboczne strzałkowe...
Z bieganiem daję sobie spoój na dłuższy czas... Póki co trochę jeżdżę na rowerze.
Pozdrawiam
niedziela, 17 sierpnia 2014
sobota, 17 maja 2014
liczby... liczby...
Udało się załatwić wolne w pracy... mimo, że to sobota :-) Rano się wstało i trochę pobiegało...
Dokładnie tyle:
Czasu na pisanie mało... dużo zawarte w załączonej ilustracji.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
urodziny tego dnia...
środa, 14 maja 2014
na zakwasie!
Na zakwasie chleb jest pyszny!! Nie to co angielska wata zapakowana w folię...
A czy bieganie na zakwasie jest przyjemne? Co kto lubi... kwestia gustu :P
Z pewnością jest przyjemniejsze niż bieganie z urazem.
Wczoraj kładłem się spać z myślą, że może zrobię dzisiaj lekki trening. A gdy wstałem stwierdziłem, że nic się nie zmieniło. Przed wyjściem skonsumowałem pomarańcza i dwie kostki czekolady :-) W bidom poszła zielona herbata, zegarek odpalony na parapecie szuka sygnału a ja przystępuję do rozgrzewki. Bardzo ważna sprawa przeze mnie zaniedbywana :-/ Zaniedbywana jak ośrodek kolonijny w Justynowie... Swoją drogą ciekawe co z nim? Miało coś tam się ruszyć...
U mnie się ruszyło! Postanowiłem, że zawsze poświęcę na nią przynajmniej 7 minut! Obym słowa swojego lekko nie ważył. Dzisiaj trwało to wystarczająco długo. Było czuć zakwaszone mięśnie. Szczególnie gdy schodziłem po schodach.
O samym treningu dużo pisania nie ma. Zakładałem zrobić 6-7 km tempem nieco szybszym niż 5:55 min/km. Ruszyłem spokojnie, żeby nogi złapały odpowiedni rytm. A z tym był mały problem... Szczególnie gdy trzeba było zbiegać z górki. Ale udało się zrobić zamierzone tempo począwszy od pierwszego do ostatniego kilometra. Biegaczy w parku multum. Byłoby miło powrócić do biegania ;-)
A tutaj mój trening w statystykach:
Kolejny trening być może w piątek... :-) Oby tylko nic nie zaczęło mocniej boleć!
pozdrawiam!!
A czy bieganie na zakwasie jest przyjemne? Co kto lubi... kwestia gustu :P
Z pewnością jest przyjemniejsze niż bieganie z urazem.
U mnie się ruszyło! Postanowiłem, że zawsze poświęcę na nią przynajmniej 7 minut! Obym słowa swojego lekko nie ważył. Dzisiaj trwało to wystarczająco długo. Było czuć zakwaszone mięśnie. Szczególnie gdy schodziłem po schodach.
O samym treningu dużo pisania nie ma. Zakładałem zrobić 6-7 km tempem nieco szybszym niż 5:55 min/km. Ruszyłem spokojnie, żeby nogi złapały odpowiedni rytm. A z tym był mały problem... Szczególnie gdy trzeba było zbiegać z górki. Ale udało się zrobić zamierzone tempo począwszy od pierwszego do ostatniego kilometra. Biegaczy w parku multum. Byłoby miło powrócić do biegania ;-)
A tutaj mój trening w statystykach:
Kolejny trening być może w piątek... :-) Oby tylko nic nie zaczęło mocniej boleć!
pozdrawiam!!
wtorek, 13 maja 2014
Oto jest dzień!!
Może wróciłem do biegania a może było to tylko sporadyczne wyjście... a na następne dopiero przyjdzie pora za miesiąc?
Ale przede mną jeszcze trening biegowy. Obawy spore! Tym bardziej, że trening nie był w pojedynkę. Nie chciałem blado wypaść na tle brata. No ale czego się można spodziewać po kimś co w ogóle nie biega, lubi piwo... nawet przed treningiem co widać po brzuchu... ech... a do tego te intensywnie spędzone minione trzy dni. Do biegu byłem przygotowany profesjonalnie!! No ale jak to mawiają: raz kozie śmierć!
Co by nie było urlop w Polsce należy zaliczyć do udanych! Było obficie wszystkiego.
Udało się kupić wdzianko na ślub, do którego zostało już mniej dni niż maraton ma kilometrów. Udało się zjeść dużo pyszności zarówno tych zrobionych przez mamę, pizzermana a także przez panie kucharki.
Udało się kupić wdzianko na ślub, do którego zostało już mniej dni niż maraton ma kilometrów. Udało się zjeść dużo pyszności zarówno tych zrobionych przez mamę, pizzermana a także przez panie kucharki.
Była również msza i to bardzo wyjątkowa, bo pierwszokomunijna. Oprawa mszy była naprawdę niezwykła, piękne pieśni, świetny organista itd... ! Po mszy uroczystość w lokalu. A tam... prócz pysznego jedzenia było też trochę sportu. Zagraliśmy mecz w piłkę nożną. Komunia Dawida przeciwko Komunii Płonące Indyki (do przeciwnej drużyny tuż przed meczem podjechało płonące ptastwo). Emocje były spore. Mało mi spodnie nie pękły... :-/ jak kupowałem je na sylwestra to był luźne... a teraz? Teraz luźne nie są :D Spodnie nie pękły ale na ziemi wylądowałem... Lecz nie symulowałem jak Ci nażelowani piłkarze z telewizji ;P Po prostu wpadłem w poślizg. Mecz był niezwykle emocjonujący a gra była twarda, jedni zawodnicy dostawali czerwone kartki, innych eliminowały sprawy których nie można lekko ważyć! Ale udało się!! Płonące indyki nie dały nam rady! 6-4!! Takim rezultatem zakończył się mecz!! Potem były jeszcze kolejne mecze. Ale były to już gry wewnętrzne ;-) Do tego na "sali" czy tam "hali".
No ale do sedna! Mecze te okupiłem solidnymi zakwasami. Przynajmniej tak mi się wydawało, że są solidne. Obudziłem się w całkiem niezłym stanie. I postanowiłem, że tak jak sobie obiecałem, czyli od wielkiego dzwonu będę biegał. No to co? Kierunek Zielonka. ----->
Najpierw spacerek, żeby zapoznać się z trasą. Bez żadnego tempa, wyłącznie radowanie się tym co kocham! Bukiet konwalii potem szukanie mrowiska...
Jednak tak jak i ja mrówki chyba zmieniły miejsce zamieszkania :-/ Brakowało mi tego powietrza! W lesie niedawno skończyła się przycinka. A co za tym idzie intensywna woń żywicy była naszym towarzyszem.
Niestety nie udało się zobaczyć z bliska żadnego większego zwierzęcia... A bardzo liczyłem na sarenkę bądź dzika. Ale nie liczyłem na kukułkę!! A ta nagle dała o sobie znać. Ku-ku, ku-ku... Całe szczęście, że w kieszeni znalazło się kilka groszy. Nie dałem się okukać!
Jak się okazało tego spaceru wyszło równiutko osiem kilometrów!!! Super!!
Ale przede mną jeszcze trening biegowy. Obawy spore! Tym bardziej, że trening nie był w pojedynkę. Nie chciałem blado wypaść na tle brata. No ale czego się można spodziewać po kimś co w ogóle nie biega, lubi piwo... nawet przed treningiem co widać po brzuchu... ech... a do tego te intensywnie spędzone minione trzy dni. Do biegu byłem przygotowany profesjonalnie!! No ale jak to mawiają: raz kozie śmierć!
Garminy położone na stoliku szukają sygnału, a my w tym czasie zajmujemy się krótką rozgrzewką!
Jakie założenia na bieg? Od razu dałem wytyczne, że tempo dla mnie to 5:30-5:45 a dystans chciałbym dość długi... Niestety ograniczał nas czas więc postanowiliśmy że zrobimy coś w granicach 12-15 km. No i ruszyliśmy. Ja zająłem się trzymaniem butelki... bo wiedziałem, że to ja będę przeważnie z niej korzystał (okazało się, że wyłącznie ja). Nie przebiegliśmy nawet połowy kilometra a już pierwsza niespodzianka... Za nami ktoś biegnie by po chwili nas wyprzedzić.... Któż to? Kto ważył się nas wyprzedzić i to tak zdecydowanie? W sumie były to cztery nogi. Czyli tak jak i u nas. Z tym, że należały do jednego stworzenia.
Bartek: - O nie! Bambo!!! Co Ty tutaj robisz?
Bambo: - Hau! Hau! (Biegnę z Wami! a co zdziwiony?)
Bartek: - O nie! Bambo!!! Co Ty tutaj robisz?
Bambo: - Hau! Hau! (Biegnę z Wami! a co zdziwiony?)
Ja: No i co teraz? Bierzemy go na trening?
Bartek: - Chyba nie, bo dla niego maks to 5 kilometrów.
Bambo na to zamerdał ogonem, ale chyba nie był zadowolony z tego co mówił do niego Pan.
Michał: - No to chodź zawrócimy i go odstawimy.
No i tak zrobiliśmy. Bambus był rozczarowany naszym zachowaniem. Mocno na nas nakrzyczał. Było widać, że miał do nas żal. I słychać też.
Bambo na to zamerdał ogonem, ale chyba nie był zadowolony z tego co mówił do niego Pan.
Michał: - No to chodź zawrócimy i go odstawimy.
No i tak zrobiliśmy. Bambus był rozczarowany naszym zachowaniem. Mocno na nas nakrzyczał. Było widać, że miał do nas żal. I słychać też.
I tak nam upłynął pierwszy kilometr a my nadal w miejscu startu.
No ale dobra!! Bez spinania się, biegniemy sobie powoli. Za chwilę zaczyna się górka a w sumie to małe nachylenie. Pada propozycja,żeby przyspieszyć. No to dawaj!!! Całkiem nieźle nam poszło! Podczas zbiegu z górki wyrównujemy oddech. Ale za chwile scena jak z wyścigu, lecz tym razem nie Apollo Creeed kontra Rocky Balboa lecz nasza dwójka się ściga. Pociągnęliśmy tak dobre trzysta metrów!! Potem znowu pora na wyrównanie oddechu. A ja myślę, czy mądre takie bieganie? Przypomniałem sobie, że przecież mam spore braki. Ale potem już było spokojnie. Bez żadnych szarży. Choć tempo i tak sporo szybsze od zakładanego. Bo poniżej 5:20. I tak sobie biegliśmy i biegliśmy. Trasa wymarzona! Zieleń, szum drzew. Nawet trafiliśmy na gaj poprzedniego Papieża(postawiono upamiętniającą tablicę w tym miejscu). Nigdy wcześniej tam nie byłem. Do tego czasu biegło mi się dobrze...
No ale dobra!! Bez spinania się, biegniemy sobie powoli. Za chwilę zaczyna się górka a w sumie to małe nachylenie. Pada propozycja,żeby przyspieszyć. No to dawaj!!! Całkiem nieźle nam poszło! Podczas zbiegu z górki wyrównujemy oddech. Ale za chwile scena jak z wyścigu, lecz tym razem nie Apollo Creeed kontra Rocky Balboa lecz nasza dwójka się ściga. Pociągnęliśmy tak dobre trzysta metrów!! Potem znowu pora na wyrównanie oddechu. A ja myślę, czy mądre takie bieganie? Przypomniałem sobie, że przecież mam spore braki. Ale potem już było spokojnie. Bez żadnych szarży. Choć tempo i tak sporo szybsze od zakładanego. Bo poniżej 5:20. I tak sobie biegliśmy i biegliśmy. Trasa wymarzona! Zieleń, szum drzew. Nawet trafiliśmy na gaj poprzedniego Papieża(postawiono upamiętniającą tablicę w tym miejscu). Nigdy wcześniej tam nie byłem. Do tego czasu biegło mi się dobrze...
Siódmy kilometr zrobiliśmy jeszcze szybciej. Wtedy nogi dały znać ,że rozbrat ze sportem to nie ściema! Ale się nie poddawałem.A nawet przyspieszyliśmy!! Tempo ponad miarę moich możliwości!! Ale co tam!! Nie dam po sobie nic pokazać :D Mijając dwie seniority udaję, że to ja jestem ten bardziej wypoczęty ;-) Ech... pomyliłem słowa to nie seniority a seniorki. Spacerowały z kijkami nordic-walking w towarzystwie psa. (tutaj by był problem z Bambim :P) No ale lecimy dalej a przy tym śrubujemy kolejne kilometry w dobrych czasach! Ja już zaczynam odliczać w głowie ile do mety. Jest coraz ciężej. I o ile wcześniej miałem ochotę na rozmowę, to teraz już nie zagaduję. Koncentruję się wyłącznie na biegu i próbie wyrównania oddechu! Ale jak ma mi się to udać skoro my nie zwalniamy? Jednak zarówno mój garmin jak i Bartka zgubił sygnał w tym samym miejscu (chyba to nie jest zbieg okoliczności, że stało się to nieopodal jednostki wojskowej). Bartek mówi, że czasem się to zdarza w tym miejscu. No i przez ten mały "myk"... teoretycznie "zwolniliśmy". Ale to nic... Do mety jeszcze dwa kilometry. Już blisko!! Hura!! Jestem spokojny o swoją przyszłość.
Ale okazuje, że teraz się zaczyna! Tempo wzrasta! Bartek rezygnuje z biegu ramię w ramię :-/ Wyprzedza mnie i biegnie trzy metry przede mną! No a tempo coraz szybsze... Nie wiem jak to się stało, że nie zwolniłem kroku? Chyba nie miałem siły do niego krzyknąć żeby się uspokoił. Choć miałem taki zamiar! I tak kolejno 12 i 13 kilometr wyszedł tempem w granicach 4:15!! Echh....!!!
W końcu meta!!
Zbiliśmy piątki!! Pogratulowałem bratu formy a on mi zawziętości :D Nieźle mnie pociągnął!! Dopiero jak stanąłem to się zaczęło!! Skurcze itd...!! Za chwilę nogi jak z waty. Bambik mało co mnie nie przewrócił ;-)
Ale dumny z siebie byłem i jestem!! Szkoda tylko, że nie miałem pulsometru... Zasłużyłem na pizze i coś do popicia ;-)
Jestem mega zadowolony z takiego wspólnego treningu!! Wielkie dzięki za lekcje!!
Tylko te zakwasy... dzisiaj są ogromne!!! Ledwo co udało mi się wyjść z samolotu.... a potem jeszcze spacer z walizką do domu... ;-)
pozdrowienia!!!
pozdrowienia!!!
niedziela, 27 kwietnia 2014
święta, święta... i już tydzień po świętach...
Szybko minęły święta na obczyźnie... tym bardziej, że Poniedziałek Wielkanocny spędziłem w pracy...
Jak to jest, że wielkie molochy w UK nie potrafią uszanować najważniejszych dla Chrześcijan Świąt? A jednocześnie potrafią bez problemu dać miesiąc wolnego na okres Ramadanu wyznawcom islamu? Niestety tak jest... ale nie ma co się nad tym rozpisywać skoro język arabski staję się obowiązkowym w angielskich szkołach... itd...
Z moim bieganiem najlepiej nie jest póki co... ;-)
Ale jako, że już po świętach to chciałem chociaż napisać coś o moich postanowieniach ma okres postu...
Było ich kilka a czy udało się zrealizować choć jedno?
http://psocior.blogspot.co.uk/2014/03/ostatki.html
Zdecydowanie jednym z łatwiejszych było poszczenie w piątki... można przy nim zaznaczyć ptaszka :-)
Jak to jest, że wielkie molochy w UK nie potrafią uszanować najważniejszych dla Chrześcijan Świąt? A jednocześnie potrafią bez problemu dać miesiąc wolnego na okres Ramadanu wyznawcom islamu? Niestety tak jest... ale nie ma co się nad tym rozpisywać skoro język arabski staję się obowiązkowym w angielskich szkołach... itd...
Z moim bieganiem najlepiej nie jest póki co... ;-)
Ale jako, że już po świętach to chciałem chociaż napisać coś o moich postanowieniach ma okres postu...
Było ich kilka a czy udało się zrealizować choć jedno?
http://psocior.blogspot.co.uk/2014/03/ostatki.html
Zdecydowanie jednym z łatwiejszych było poszczenie w piątki... można przy nim zaznaczyć ptaszka :-)
Pochłanianie czekolady ograniczyłem faktycznie. W sumie to na początku postu był problem, bo zjadałem na rozpoczęcie nowego tygodnia cały limit, by potem czekać na kolejny poniedziałek... Ale z upływem tygodni to się zmieniło...a na urlopie w Polsce zupełnie zapomniałem o czekoladzie...a Po urlopie także... teraz jedna mi starcza na cały tydzień :-)
Jak poszło czytanie książek... Nie wiem czy mogę być z siebie dumny... spodziewałem się, że będzie lepiej.
Zacząłem od Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka bardzo wartościowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie!
Z kolejną książką już nie miałem trudności by wybrać. Padło na pozycję "Bracia Zmartwychwstańcy" . Fabuła toczy się w okresie panowania Bolesława Chrobrego.
Najważniejsze, że w końcu udało się pokonać "infekcję".
Święta za za nami...
Pozdrawiam!!
Kolejna książka bardzo lekka i prosta w czytaniu to "Buszujący w zbożu".
Z wyborem kolejnej miałem spore problemy... Może mi ktoś tutaj coś poleci... ? Sporo książek czytałem dobrych jednak nie chciałem ich czytać po raz drugi lub po raz któryś tam... Zastanawiałem się nad Kingiem, Cobenem, Ludlumem, Grishamem by zdecydować się na książkę Mud, Sweat and Tears (Kurz, Pot i Łzy), której autorem jest dość popularny ostatnio Bear Grylls!
Ostatecznie zacząłem inną książkę. Dawno temu przeczytałem "Starą Baśń" Józefa Ignacego Kraszewskiego a teraz po sporej przerwie postanowiłem, że przeczytam wszystkie jego książki z cyklu "Dzieje Polski".
I tak w moje ręce trafiła książka o początkach chrześcijaństwa w Polsce a tytuł jej to " Lubonie".
Książkę bardzo dobrze mi się czytało! Zresztą uwielbiam tą tematykę! Wszystko bardzo zbliżone do moich ulubionych książek Karola Bunscha!
Z kolejną książką już nie miałem trudności by wybrać. Padło na pozycję "Bracia Zmartwychwstańcy" . Fabuła toczy się w okresie panowania Bolesława Chrobrego.
Podczas postu udało mi się skończyć jedynie tom pierwszy.
Z drugiego zostało niewiele bo doszedłem do 125 strony.
Teraz już kończę trzeci. By niedługo zacząć kolejną książkę!!
Podsumowanie: Jakby nie było to przeczytałem trzy książki... Jeśli zsumować strony to wyszło prawie to co zamierzałem... 1189 stron. Żebym wiedział, że tak mało brakuje to bym przezwyciężył sen ;-)
A więc:
Podsumowanie: Jakby nie było to przeczytałem trzy książki... Jeśli zsumować strony to wyszło prawie to co zamierzałem... 1189 stron. Żebym wiedział, że tak mało brakuje to bym przezwyciężył sen ;-)
A więc:
Ostanie postanowienie to był drążek... miało być dwadzieścia powtórzeń... Trenowałem zawzięcie, postępy szły znakomicie! Z dnia na dzień dokładałem kolejne powtórzenia. Prognozy pokazywały, że będzie nawet nadwyżka!! Przyszedł termin świąt, który miał wszystko zweryfikować!! Ale nie musiał... niestety walczyłem trochę z chorobą i zaprzestałem ćwiczyć :-/ Bywa... Jak co roku... :-(
A więc:
Najważniejsze, że w końcu udało się pokonać "infekcję".
Teraz moje bieganie stoi pod wielkim znakiem zapytania....
Przed świętami zebrałem się jeszcze na trening biegowy... Było to w środę, tuż przed rozpoczęciem Triduum Paschalnego. Pogoda była ku temu sprzyjająca.
Przed świętami zebrałem się jeszcze na trening biegowy... Było to w środę, tuż przed rozpoczęciem Triduum Paschalnego. Pogoda była ku temu sprzyjająca.
Zrobiłem osiem kilometrów, by było trochę miejsca na świąteczne pyszności.
A pyszności było sporo :-)
Między innymi murzynek, którego to zjadłem praktycznie sam :D :
Jak się go jadło to można było się przenieść do Zielonej Góry i wrócić do dawnych już rozmów z Babcią i przesiadywaniem na tarasie.!
Święta za za nami...
Z moim bieganiem słabo. Ale na pewno nie oznacza to koniec! Są osoby, które wracają do tego, nawet po kilku latach. A ja nie dopuszczam jeszcze takiego słabego scenariusza. Póki co mam zamiar ruszać się tylko od wielkiego dzwonu... na przykład jest jak będę w Polsce na urlopie. Wtedy nie omieszkam przebiec się po lesie nawet jak przypłacę to później bólem. No!!
Achillesy regenerujcie się!!
Pozdrawiam!!
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
8 km + 90 min + 10 km...
Dzisiaj wolne... udało się zbudzić około 8 rano.
Szybkie śniadanie i ruszyliśmy na rowerach w kierunku kortów tenisowych.
Wyszło półtorej godziny gry... o losach gry nie będę się rozpisywał bo nie wynik był ważny :P Grało się przyjemnie jednak tak jak wczorajszego dnia przeszkadzał nieco wiatr...
Czułem się dzisiaj na siłach. Jak już uleżał mi się obiad to wybrałem się pobiegać!
Główne założenie na dzisiejszy bieg to nie zmęczyć się za bardzo. Postanowiłem, że dobrym sposobem będzie oddychanie wyłącznie przez nos. To miał być mój wyznacznik tempa... :-)
Pogoda na zewnątrz bardzo przyjemna! Słoneczko, trochę chmurek, temperatura coś w granicach 13-14 stopni celsjusza. W parku sporo ludzi, sporo biegaczy, rowerzystów i innych ;-)
Podczas kolejnych okrążeń obserwowałem latawiec o taki duży! Jak na filmiku ;-) Niestety drgania spore ze zmęczenia i z braku stabilizatora obrazu oraz z braku stabilnej ręki ;-)
Ostatni kilometr to już podbieg... nadal oddychałem przez nos ;-) Jednak puls mocno poszedł w górę i doszedł do 180!! Dobiegając do domu na zegarku wyszło prawie 10 i pół kilometra.
![]() |
| zdjęcie już po rozciąganiu a puls nadal wysoki ;-) |
Tutaj tempo i rosnący puls:
Kolejny trening może w środę...
Póki co będę biegał spokojnie bez oparcia o żaden plan treningowy... Jak będzie dobrze szło przez miesiąc do zobaczymy. Może pokuszę się o jakieś zawody w czerwcu?
Pozdrawiam!
niedziela, 13 kwietnia 2014
tenis!! starcie pierwsze!
Niedziela!
Dzisiaj maratony odbywały się w rodzimej Łodzi, Warszawie, Londynie i w wielu innych miejscach...
Gratulacje dla wszystkich uczestników.
Ja z biegania dzisiaj zrezygnowałem... Ale i tak było na sportowo :-)
Pogoda w miarę ok... palemka poświęcona.
Niedzielny obiad zjedzony więc po obiedzie trzeba jakoś kalorie spalić.
Połowa kwietnia i udało się zagrać pierwszy mecz tenisa z Kamilem.
Akurat dla nas został ostatni wolny kort. Rozgrzewka nie była zbyt długa... po 3 minutach przeszliśmy do rzeczy.
Pierwsze set szczęśliwie rozpocząłem z wiatrem... Co czasem pomagało ale nie zawsze. Przy wysokich piłkach trzeba było uważać. Długo nie graliśmy tego seta, bo skończył się wynikiem 6-2 dla mnie...
Jednak po zmianie stron już tak łatwo nie szło...
Graliśmy jak baby... jeśli chodzi o utrzymanie swojego podania. Co chwila następowały przełamania.
Prowadziłem 3-1 by za chwilę remisować 3-3, znowuż udało się zrobić dwugemową przewagę i było 5-3... do zwycięstwa brakowało już tylko gema. No ale... zrobiło się 5-5. Decydujące gemy już bez przełamań... Chociaż przy stanie 6-5 dla mnie miałem już piłkę meczową... jednak Kamil nie dał za wygraną i doprowadził do stanu 6-6!
Po łyku wody i czas rozpocząć tie break...
Zaczęło się dobrze bo prowadziłem już 4-1... jednak potem już punktów nie zdobywałem... Za to do Kamila uśmiechnęła się fortuna i miał trzy piłki setowe... powiedzenie do trzech razy sztuka w jego przypadku okazało się trafne, bo kolejnej szansy już nie miał a tie break zakończył się wynikiem 12-10!!
Było trochę pomyłek, takich jak zmiany stron na korcie... no ale... można puścić to w niepamięć! Następnym razem będziemy się bardziej pilnować.
Stan naszej rywalizacji w 2014 roku to 1:0 dla mnie :-)
Michał - Kamil 6-2, 7-6(12-10)
Jutro znowu tenis :-) Tym razem gra mieszana. No i mam nadzieję, że znajdę jeszcze trochę sił na bieganie!
Pozdrawiam!
Dzisiaj maratony odbywały się w rodzimej Łodzi, Warszawie, Londynie i w wielu innych miejscach...
Gratulacje dla wszystkich uczestników.
Ja z biegania dzisiaj zrezygnowałem... Ale i tak było na sportowo :-)
Pogoda w miarę ok... palemka poświęcona.
Niedzielny obiad zjedzony więc po obiedzie trzeba jakoś kalorie spalić.
Połowa kwietnia i udało się zagrać pierwszy mecz tenisa z Kamilem.
Akurat dla nas został ostatni wolny kort. Rozgrzewka nie była zbyt długa... po 3 minutach przeszliśmy do rzeczy.
Pierwsze set szczęśliwie rozpocząłem z wiatrem... Co czasem pomagało ale nie zawsze. Przy wysokich piłkach trzeba było uważać. Długo nie graliśmy tego seta, bo skończył się wynikiem 6-2 dla mnie...
Jednak po zmianie stron już tak łatwo nie szło...
Graliśmy jak baby... jeśli chodzi o utrzymanie swojego podania. Co chwila następowały przełamania.
Prowadziłem 3-1 by za chwilę remisować 3-3, znowuż udało się zrobić dwugemową przewagę i było 5-3... do zwycięstwa brakowało już tylko gema. No ale... zrobiło się 5-5. Decydujące gemy już bez przełamań... Chociaż przy stanie 6-5 dla mnie miałem już piłkę meczową... jednak Kamil nie dał za wygraną i doprowadził do stanu 6-6!
Po łyku wody i czas rozpocząć tie break...
Zaczęło się dobrze bo prowadziłem już 4-1... jednak potem już punktów nie zdobywałem... Za to do Kamila uśmiechnęła się fortuna i miał trzy piłki setowe... powiedzenie do trzech razy sztuka w jego przypadku okazało się trafne, bo kolejnej szansy już nie miał a tie break zakończył się wynikiem 12-10!!
Było trochę pomyłek, takich jak zmiany stron na korcie... no ale... można puścić to w niepamięć! Następnym razem będziemy się bardziej pilnować.
Stan naszej rywalizacji w 2014 roku to 1:0 dla mnie :-)
Michał - Kamil 6-2, 7-6(12-10)
Jutro znowu tenis :-) Tym razem gra mieszana. No i mam nadzieję, że znajdę jeszcze trochę sił na bieganie!
Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































