W sobotę po bieganiu trzeba było iść do pracy... mus to mus :-) Ale gdy wybiła północ poczułem wolność! W sumie to nawet wcześniej dało się ją poczuć... no ale nieważne :-)
Jeszcze przed sobotnim parkrunem zaplanowałem, że po biegu odpocznę sobie dwa dni. Do tego doszedł "mini uraz", który nieco przeszkadzał przy intensywniejszych ruchach. No ale nie znaczy to, że zrezygnowałem całkowicie ze sportu. W niedziele obejrzałem z Sylwią mecz Widzewa, który pokonał Lechię Gdańsk 4-1. Dobry spektakl zarówno na murawie jak i na trybunach!! No i zagrałem w kosza :-/ W sumie były to tylko rzuty osobiste... Poszliśmy na Goos Fair i chciałem wygrać wielką maskotkę.
Były rożne sposoby... zdecydowałem się na Basketball... dostałem siedem piłek a wystarczyło trafić tylko dwie. Niestety nie udało się wygrać :-(. Choć piłka niejednokrotnie była blisko celu... a to się kręciła na obręczy a to się od niej odbiła itd... itp... :P Bywa. Jak to mawiają nie zawsze dobro wygrywa Zresztą wiadomo jak to jest na takich odpustach... wiatrówki celowo rozregulowane, średnica piłki większa od średnicy obręczy(hehe :P), namagnesowane usta gościa któremu trzeba wybić zęby piłeczkami... albo te rzutki... motyla noga :-/ Jeszcze nawiążę do Hiszpanii... tam też chciałem wygrać coś dla Sylwuni :-) Było też wielkie wesołe miasteczko. No może nie takie duże jak tutaj... ale było. W sumie to kuzynka Karolinka mnie namówiła :P Bo ona też chciała mieć ogromnego pluszaka. No dobra... w końcu się zdecydowaliśmy. Na ścianie były baloniki... dostawało się trzy rzutki i trzeba było przebić trzy baloniki... Jaki był mój wynik? Zero trafionych (rzutki jakieś felerne)... Przyszedł czas na kuzynkę :-) No i jak... zacznę od końca. Rzut numer trzy: trafiony! Balonik pęka! Rzut numer dwa: jeeeeest! Bum! Balonik przebity przez rzutkę!! Rzut numer jeden: Balonik pęka!!! Hura!!! ??? Ale jak się okazało to był najgorszy rzut :-/ Faktycznie balonik pękł jednak rzutka najpierw uderzyła obok celu i dopiero spadła na balon... A tam banda oszustów...!! No... ale wracając do rzutek to w nich widzę swoją przyszłość!! Otóż zaczynam trenować! Prócz butów kupiliśmy jeszcze tablicę do gry w darta :-)
W pierwszy dniu mecze bardzo wyrównane i zacięte. Stan rywalizacji póki co 4-4.
Zaś rekord kolejki to: 107 pkt!! I należy do mnie :D
Kto zna zasady to wie jak ciężko zrobić taki wynik!! :-) No i co? :P Mam talent :-) ja wam jeszcze pokażę jarmarkowi oszuści :P
Czyli te dwa dni przerwy to nie tylko picie piwka i leżenie i oglądanie filmów!!
Do tego dzisiaj pojawił się jeszcze mały akcent sportowy! W sumie to większy od tych pozostałych... poszliśmy z Sylwią razem pobiegać!! :-) Bo te buty co kupiliśmy to do biegania i od dzisiaj Sylwia zaczyna przygotowania do maratonu :D Co nie? Na początek sześć kilometrów spokojnym tempem (80 % truchcik a reszta spacer) dzięki czemu wiem, jak działa moja noga a Sylwia wie, że maraton to nie takie hop-siup :P
Jutro robię trening!!
Tymczasem idę zagrać w rzutki :P
Pozdrowienia!!
poniedziałek, 7 października 2013
sobota, 5 października 2013
Parkrun - epizod trzeci! "Potężne dęby z małych żołędzi rosną"
Było to wczoraj. :-) Ludzie tutaj mawiają, że sobota nie jest sobotą jeżeli nie pobiegnie się parkrunu. Niestety ja w każdą sobotę biegać nie będę... praca uniemożliwia mi to. Ale co dwa tygodnie może się uda.
Jaki był wczorajszy dzień...? Z jednej strony udany a z drugiej mniej. Postaram się to opisać pokrótce:-)
S t a r t:
Budzik zadzwonił o 7:45 i od razu wstałem bo czas naglił :-) Pomyślałem, że dwie kanapeczki z czekoladą wystarczą. Przy śniadaniu zdecydowałem, że w kierunku zawodów udam się truchcikiem. O 8:25 wyruszyłem. Teraz stwierdzam, że to trochę za późno. Po prostu rozgrzewka była intensywniejsza niż zakładałem :-) Z domu do miejsca startu mam około 6 km. Udało się zdążyć na czas a zmęczenia nie odczułem :-)
W miejscu mety zostawiłem pas u wolontariuszy. Ze sobą zabrałem tylko barcod. No i jeszcze złapałem łyka wody;-) Na miejsce startu doszedłem w samą porę bo akurat była krótka informacja dla first timerów :-) Przebieg trasy, pomiar czasu, itd... Potem jeszcze przemowa, że parkrun dzisiaj obchodzi swoje 9 urodziny. Bo właśnie dziewięć lat temu Paul Sinton-Hewitt wraz z 13 kolegami w pierwszy weekend października pobiegli na 5 km w parku Bushy w Londynie :-) Wczoraj odbył się tam 484 bieg. Rozrósł się do takiego stopnia, że biega tam często po 1000 osób!!" Mighty oaks from small acorns grow!" ( Potężne dęby z małych żołędzi rosną ). A na całym świecie odbywa się ponad 300 imprez tego typu. Dobra to tyle z ciekawostek :-)
W dzisiejszym biegu na Colwick wystartowało 166 osób. Z poza granic Anglii był ktoś z Dani no i ja :-) Dzisiaj ustawiłem się w miarę na przodzie. W momencie startu byłem w pierwszej trzydziestce. Trasa wąska i żeby kogoś wyprzedzić tuż po starcie trzeba było się nieco nagimnastykować... Na szczęście później już nie było z tym trudu. Problemem był jedynie brak powietrza w płucach :P Bieg zacząłem szybkim tempem mniej więcej 4 min/km. Zastanawiałem się czy dam radę dotrzymać do końca na tym poziomie? Minął pierwszy kilometr i byłem mniej więcej na 15 lokacie. Ci przede mną biegli ostro i pomyślałem, że będzie ciężko z nimi powalczyć. Trasa bardzo przyjemna i praktycznie płaska. Były nieznaczne podbiegi i jak się okazało to ja na nich wydłużałem krok. A przy okazji doganiałem innych i wyprzedzałem. Czułem jednak, że to nie rozgrzewka bo zmęczenie się pojawiło. Dwa kilometry za mną a średnie tempo poniżej 4 min/km. W połowie dystansu dokonałem szybkiej analizy biegu i sił które mi pozostały. Chciałem utrzymać tempo jednak okazało się, że to raczej nierealne. Po trzech kilometrach jeszcze była szansa na 5 km w dwadzieścia minut... Jednak czwarty to zweryfikował. :-) Okazało się, że nie tylko ja osłabłem bo złapałem tam kilka osób i przesunąłem się jeszcze o kilka lokat. No i w końcu zegarek pokazał, że jeszcze tylko kilometr!! Jest dobrze. Nie myślę już żeby zwalniać ale przyspieszenia też już sobie nie wyobrażam. Bo skąd mam wziąć na to siły? Do mety niecałe tysiąc metrów a ja od jakiegoś czasu słyszę za sobą oddech oraz kroki(jak w horrorze). Nie odwracam się jednak... Pomyślałem, że zaraz ktoś mnie wyprzedzi i tyle... jednak nie chciałem do tego dopuścić :-/ Wyścig był na tyle zacięty, że czasem już wyprzedzał mnie cień biegacza ale na tyle odpierałem te ataki, że cień ginął. Zaczął się delikatny podbieg a do mety może z trzysta metrów. Pomyślałem, że to jest ten moment kiedy pokaże na co mnie stać!! I pokazałem! Gość za mną też pokazał bo okazało się, że wyprzedziliśmy po drodze jeszcze jednego biegacza. A za chwilę na metę wpadłem ja a dwie sekundy później mój towarzysz z czwartego kilometra :-) Podziękowaliśmy sobie za bieg i chwilę porozmawialiśmy. Ja założyłem pas i złapałem dwa łyki wody i ruszyłem dalej w trasę...! Okazało się, że zająłem 6 miejsce w czasie 20 minut i 19 sekund. Mam nową życiówkę na 5 km! Hura!! Ale nadal pozostał cel złamania 20 minut :-)
Powrót do domu spokojnym tempem i chciało by się napisać, że bez przygód...
A jednak... mniej więcej w połowie trasy do domu złapałem zająca :P Ech... co za pech. Ludzi sporo bo tuż obok przystanek autobusowy ;-) Szybko się podniosłem i ruszyłem w kierunku domu :-) Co poniektórzy przechodnie przyglądali się moim nogom i robili litościwe miny ;P A tam... :-)
No i to tyle :-)
To był dzień! :-) Mam tylko nadzieję, że obcierki nie przeszkodzą mi w bieganiu;-)
Z biegowym pozdrowieniem!
Jaki był wczorajszy dzień...? Z jednej strony udany a z drugiej mniej. Postaram się to opisać pokrótce:-)
S t a r t:
Budzik zadzwonił o 7:45 i od razu wstałem bo czas naglił :-) Pomyślałem, że dwie kanapeczki z czekoladą wystarczą. Przy śniadaniu zdecydowałem, że w kierunku zawodów udam się truchcikiem. O 8:25 wyruszyłem. Teraz stwierdzam, że to trochę za późno. Po prostu rozgrzewka była intensywniejsza niż zakładałem :-) Z domu do miejsca startu mam około 6 km. Udało się zdążyć na czas a zmęczenia nie odczułem :-)
W miejscu mety zostawiłem pas u wolontariuszy. Ze sobą zabrałem tylko barcod. No i jeszcze złapałem łyka wody;-) Na miejsce startu doszedłem w samą porę bo akurat była krótka informacja dla first timerów :-) Przebieg trasy, pomiar czasu, itd... Potem jeszcze przemowa, że parkrun dzisiaj obchodzi swoje 9 urodziny. Bo właśnie dziewięć lat temu Paul Sinton-Hewitt wraz z 13 kolegami w pierwszy weekend października pobiegli na 5 km w parku Bushy w Londynie :-) Wczoraj odbył się tam 484 bieg. Rozrósł się do takiego stopnia, że biega tam często po 1000 osób!!" Mighty oaks from small acorns grow!" ( Potężne dęby z małych żołędzi rosną ). A na całym świecie odbywa się ponad 300 imprez tego typu. Dobra to tyle z ciekawostek :-)
W dzisiejszym biegu na Colwick wystartowało 166 osób. Z poza granic Anglii był ktoś z Dani no i ja :-) Dzisiaj ustawiłem się w miarę na przodzie. W momencie startu byłem w pierwszej trzydziestce. Trasa wąska i żeby kogoś wyprzedzić tuż po starcie trzeba było się nieco nagimnastykować... Na szczęście później już nie było z tym trudu. Problemem był jedynie brak powietrza w płucach :P Bieg zacząłem szybkim tempem mniej więcej 4 min/km. Zastanawiałem się czy dam radę dotrzymać do końca na tym poziomie? Minął pierwszy kilometr i byłem mniej więcej na 15 lokacie. Ci przede mną biegli ostro i pomyślałem, że będzie ciężko z nimi powalczyć. Trasa bardzo przyjemna i praktycznie płaska. Były nieznaczne podbiegi i jak się okazało to ja na nich wydłużałem krok. A przy okazji doganiałem innych i wyprzedzałem. Czułem jednak, że to nie rozgrzewka bo zmęczenie się pojawiło. Dwa kilometry za mną a średnie tempo poniżej 4 min/km. W połowie dystansu dokonałem szybkiej analizy biegu i sił które mi pozostały. Chciałem utrzymać tempo jednak okazało się, że to raczej nierealne. Po trzech kilometrach jeszcze była szansa na 5 km w dwadzieścia minut... Jednak czwarty to zweryfikował. :-) Okazało się, że nie tylko ja osłabłem bo złapałem tam kilka osób i przesunąłem się jeszcze o kilka lokat. No i w końcu zegarek pokazał, że jeszcze tylko kilometr!! Jest dobrze. Nie myślę już żeby zwalniać ale przyspieszenia też już sobie nie wyobrażam. Bo skąd mam wziąć na to siły? Do mety niecałe tysiąc metrów a ja od jakiegoś czasu słyszę za sobą oddech oraz kroki(jak w horrorze). Nie odwracam się jednak... Pomyślałem, że zaraz ktoś mnie wyprzedzi i tyle... jednak nie chciałem do tego dopuścić :-/ Wyścig był na tyle zacięty, że czasem już wyprzedzał mnie cień biegacza ale na tyle odpierałem te ataki, że cień ginął. Zaczął się delikatny podbieg a do mety może z trzysta metrów. Pomyślałem, że to jest ten moment kiedy pokaże na co mnie stać!! I pokazałem! Gość za mną też pokazał bo okazało się, że wyprzedziliśmy po drodze jeszcze jednego biegacza. A za chwilę na metę wpadłem ja a dwie sekundy później mój towarzysz z czwartego kilometra :-) Podziękowaliśmy sobie za bieg i chwilę porozmawialiśmy. Ja założyłem pas i złapałem dwa łyki wody i ruszyłem dalej w trasę...! Okazało się, że zająłem 6 miejsce w czasie 20 minut i 19 sekund. Mam nową życiówkę na 5 km! Hura!! Ale nadal pozostał cel złamania 20 minut :-)
Powrót do domu spokojnym tempem i chciało by się napisać, że bez przygód...
A jednak... mniej więcej w połowie trasy do domu złapałem zająca :P Ech... co za pech. Ludzi sporo bo tuż obok przystanek autobusowy ;-) Szybko się podniosłem i ruszyłem w kierunku domu :-) Co poniektórzy przechodnie przyglądali się moim nogom i robili litościwe miny ;P A tam... :-)
![]() |
| przydał się telefon :p szkoda, że takie zdjęcie zrobił :-) |
No i to tyle :-)
To był dzień! :-) Mam tylko nadzieję, że obcierki nie przeszkodzą mi w bieganiu;-)
Z biegowym pozdrowieniem!
czwartek, 3 października 2013
Wskazówka nie schodzi z wysokich obrotów :-)
Dzisiaj dzień wolny w pracy więc trzeba było to wykorzystać!
Trzeci dzień miesiąca a ja robię drugi trening :-) Dobrze jest!
Postanowiłem dzisiaj wyruszyć na Colwick głównie ze względu, że planuję w sobotę wystartować tam w parkrunie. Uzbrojony w pas ruszyłem truchcikiem przed siebie. Tempa postanowiłem nie szarżować i 5:20 min/km było celem na dziś. Zaś głównym celem było sprawdzenie ile kilometrów mam z domu do startu sobotniego biegu.
Teraz widzę, że około 6,5 km. Będę musiał przemyśleć czy dotruchtać tam czy podjechać rowerem? Mniej więcej udało mi się przebiec trasę po której sprawdzę się za dwa dni :-) Jest fajnie bo widoki całkiem przyjemne. Nie ma to jak bieganie na łonie natury:-)
Oto trasa parkrunu:
Udało mi się jeszcze obiec tor do gonitw konnych :-) Z bliska robi wrażenie! Może kiedyś uda się zobaczyć na żywo gonitwę...
A dalsza część trasy to już asfaltówką do domu... chciałem jeszcze nieco skrócić trasę jednak tuż przede mną zamknął się szlaban(niestety nie są to szlabany takie jak w Polsce, że gdzieś tam się znajdzie szczelinę i pobiegnie dalej) a czekanie na pociąg to kilka minut :-/
Na pocieszenie robotnicy reperujący drogę krzyknęli do mnie, że mało mi brakło... odwróciłem się na pięcie i powróciłem do trasy którą przybiegłem. Te końcowe kilometry były dość szybkie jak się okazało. Łącznie wyszło 19 kilometrów w tempie 5:14 min/km.
Moja meta mieściła się przy sklepie gdzie kupiłem jeden ze składników na posiłek pobiegowy :-) (łewos porfawor :-))
Tutaj trasa jaką zrobiłem:
Praktycznie udało mi się pobiec po kursie parkrun a co najważniejsze zlokalizować miejsce startu:-)
Biegło się lekko i przyjemnie i nic nie bolało! Hura :-)
To tyle na dziś!!
Pozdrowienia
środa, 2 października 2013
Dawno dawno temu...
Za siedmioma górami, siedmioma lasami i siedmioma rzekami... w sumie to może nie tak bardzo dawno temu bo działo się to dokładnie rok wstecz. Ale prawdą jest to, że całkiem daleko. Daleko ode mnie bo w Polsce. Był to okres kiedy mocno rozbiegałem się po lasach w okolicach Zielonej Góry, Justynowa, Janówki, Gałkówka itd... W sumie już wtedy przypuszczałem, że na dłużej będę musiał się z nimi rozstać... chciałem się nacieszyć ich widokiem, nawdychać powietrza... dlatego prócz biegania codziennie chodziłem na grzyby i jeździłem rowerem. No ale to nie starczyło... bo tęsknię za nimi ogromnie :-(
Jednak wpis ten nie ma być nostalgiczny...
Przejdźmy więc do rzeczy:
2.10.2012
Pogoda zupełnie inna od tej jaka panuje w tym roku. Owszem poranki chłodne... jednak podczas dnia słonecznie a temperatura sięga 20 stopni celcjusza zaś w słońcu przekracza temperaturę pokojową i to grubo. Godzina jedenasta a ja zastanawiam się które buty założyć? Zdecydowałem się zasznurować moje najnowsze buty jeszcze nieskalane długim wybieganiem po lesie... a co tam? Wiem, że w lesie mokro a w dodatku tego dnia nastawiam się na inny kierunek i sam nie wiem co mnie tam będzie czekało? Wtedy jeszcze nie byłem posiadaczem garmina dlatego w jednym ręku dzierżyłem telefon który to mierzył mi dystans a w drugim butelkę z wodą :-) Wcale mi to nie przeszkadzało :-) Ruszyłem w kierunku lasu by tam już zatracić się zupełnie z dala od asfaltowych ulic i zabudowań...
Wbiegając do lasu natrafiam na zakaz wstępu... w sumie to wiem z jakiego powodu dlatego stwierdziłem, że biegnąc główną drogą w kierunku Justynowa nie będę nikomu przeszkadzał. I faktycznie nie przeszkadzałem. Biegnąc spotkałem panów uzbrojonych w wykrywacze metali i szpadle... "dasz bór"? Może to nie jest odpowiednie powitanie.. no ale... :-) Z powodu tego, że rozminowują las postanowiłem pobiec w kierunku Janówki... przeciąłem asfaltówkę jak strzała i znalazłem się po drugiej stronie. Tutaj zupełnie inny las. Dużo ciemniejszy a co za tym idzie wilgotniejszy. Jednak po tej stronie również słychać pikanie wykrywaczy i przy drodze leżą jakieś garnki i puszki po konserwach :-/ A niech to :-/ Ciśnienie mi nieco skoczyło :-/ Nienawidzę śmieci w lesie! A ludzi którzy je tam zostawiają bądź masowo wywożą... bez komentarza. No ale wróćmy do biegu. W końcu minąłem strefę objętą przeszukiwaniem ściółki i tym co się pod nią znajduje... choć nie tak do końca :P Bo w sumie teraz to dopiero na nią trafiłem... z tym, że w tej strefie szukano grzybków! Sporo aut zaparkowanych i sporo grzybiarzy. W koszykach głównie podgrzybki ale i prawdziwych też sporo. Ale przejdźmy do meritum. Bo nie będę ukrywał, że powodem napisania tego postu był przypadkowo napotkany grzybiarz. Bardzo zainspirowała mnie ta osoba i byłem pod wielkim wrażeniem... (nadal jestem bo często wracam myślami do tego dnia). Otóż biegnąc sobie powoli przez bukowinę na Janówce widzę, że jakiś pan przy swoim aucie szykuje się do grzybobrania... Gdy się mijaliśmy okazało się, że Pan ten nie ma jednej nogi... i tak o dwóch kulach z wiaderkiem w ręku ruszył w las!! Pozdrowiliśmy się naszym polskim "dzień dobry" i każdy ruszył w swoją stronę! Chcieć to móc!! Super sprawa, że mimo takich trudności ktoś nie rezygnuje ze swoich zamiłowań! Ach...
Biegnąc dalej jeszcze bardzo długo o tym myślałem... I tak się zamyśliłem a jednocześnie zmotywowałem, że postanowiłem pokonać dystans półmaratonu. Pokrążyłem po lasach których całkowicie nie znam i jak się okazało nieznajomość tą przypłaciłem bieganiem po bardzo wilgotnych ścieżkach no ale bywa...
![]() |
| już przyschnięte ;-) |
Fajnie czasem zmienić trasę i zobaczyć coś nowego. Bo każda ścieżka w lesie ma swój urok. Biegnąc piętnasty kilometr wróciłem już do znanych mi terenów. Na szybko zaplanowałem trasę by zrobić dystans "połówki" i ruszyłem po znajomych ścieżkach. Dobiegając na działkę telefon pokazał 21,5 km w tempie 5:18.
Czy byłem bardzo zmęczony? Teraz już dokładnie nie pamiętam. Pamiętam tylko, że zdjąłem koszulkę i poszedłem pod studnię obmyć się chłodną wodą. A potem siedziałem na schodach i zajadałem się jabłkami :-)
O tak to właśnie było rok temu!!
Dasz bór!
wtorek, 1 października 2013
tutaj jeszcze pierwszy dzień miesiąca...
Do północy jeszcze 50 minut :-) no to zaczynamy :
Wrzesień w moim wykonaniu nie był najgorszy bo przebiegłem dokładnie 102 km :-) Plany były inne... Maraton nie wypalił... za to na pocieszenie pobiegłem dwa parkruny i zająłem niezłe jak na mnie lokaty. Do końca roku zostały tylko 3 miesiące a ja mam przebiegnięte do końca września 635 km. Do tysiaka trochę jeszcze brakuje. Ale jak to mawiają dla chcącego nic trudnego :-)
No i już pierwszego dnia miesiąca dorzuciłem 10 km :-) Założeniem na dzisiaj było przebiegnięcie minimum 7 km. Udało się. Testowałem prezent imieninowy. Niby na takim krótkim dystansie by się obyło bez niego no ale... nie mogłem się doczekać :-) Mowa o pasie:
Wrzesień w moim wykonaniu nie był najgorszy bo przebiegłem dokładnie 102 km :-) Plany były inne... Maraton nie wypalił... za to na pocieszenie pobiegłem dwa parkruny i zająłem niezłe jak na mnie lokaty. Do końca roku zostały tylko 3 miesiące a ja mam przebiegnięte do końca września 635 km. Do tysiaka trochę jeszcze brakuje. Ale jak to mawiają dla chcącego nic trudnego :-)
No i już pierwszego dnia miesiąca dorzuciłem 10 km :-) Założeniem na dzisiaj było przebiegnięcie minimum 7 km. Udało się. Testowałem prezent imieninowy. Niby na takim krótkim dystansie by się obyło bez niego no ale... nie mogłem się doczekać :-) Mowa o pasie:
Zarzuciłem pas i ruszyłem na trening. Wybrałem Park Forest... wbiegając napotkałem na gromadkę ludzi, która z każdym kolejnym okrążeniem przybierała na liczebności :P Park obecnie wygląda jak wesołe miasteczko i to ogromnych rozmiarów. Do tego kręci się mnóstwo ludzi... Nie jest to obecnie najlepsze miejsce na treningi. Ale ten udało się zrealizować :-) Kończąc trening stwierdziłem., że będę zakładał pas na większość treningów. Bo bardzo przydatna jest ta kieszonka... dzisiaj miałem w niej tylko klucze ale od następnego treningu będzie jeszcze telefon :-) Nie będę do nikogo dzwonił :P ale czasem warto cyknąć jakieś zdjęcie :-) Właśnie dzisiaj już bym jedno zrobił albo i z dwa... Gdy robiłem ostatnie okrążenie w parku podczas manewru wyprzedzania starszego pana z pieskiem zauważyłem białą sowę :-) (może śnieżną?). Ten starszy pan miał ją na ręku... może nie bezpośrednio na ręku. bo tam miał specjalistyczną skórzaną rękawicę. Dla mnie niecodzienny widok :-) Może jeszcze będzie mi dane spotkać tego spacerowicza. Ostatnie okrążenie było obfite w atrakcje... bo akurat wtedy gdy wybiegałem z parku, wyruszyła z niego również demonstracja(nauczyciele oraz dzieci z rodzicami). Zablokowali całą drogę z czego ja skorzystałem bo nie musiałem czekać na zielone :-) Oto trasa:
W takim oto delikatnym tempie:
To tyle na dziś :-)
Miesiąc rozpoczął się dobrze :-) Mam nadzieję, że uda się regularnie pobiegać!
ps. może ktoś wie do czego te niby "kieszonki" na drugim zdjęciu? co się tam wtyka?
Pozdrawiam
pps. udało się wyrobić przed północą :-)
niedziela, 29 września 2013
ciężko... ciężko jest wrócić do rzeczywistości...
Po moim pierwszym starcie w Parkrunie udałem się do pracy by tam odliczać kolejne godziny które pozostały do wyjścia. W końcu doczekałem 10 p.m. i jest URLOP :D Po powrocie pakowanie i następnego dnia na lotnisko... tym razem szczęśliwie :-) Bo ostatnio...
Wtedy szczęścia nie miałem bo w dzień lotu do Polski skradziono mi portfel w którym były między innymi dokumenty :-/ Przez ten incydent myślałem, że całe dwa tygodnie spędzę sam w domu...Jednak ku mojej radości udało się wyrobić paszport tymczasowy w konsulacie w Manchesterze. Dzięki temu, że miałem na telefonie zdjęcie starego dowodu weryfikacja zamiast kilku dni trwała zaledwie minutę. Mimo tego pechowego incydentu wakacje skróciły się tylko o dwa dni. Dobrze, że są osoby na których pomoc można liczyć!
No ale wracając do tego urlopu...
"(H)ola"
Karta pokładowa jest! Paszport jest! Na lotnisku jesteśmy przed czasem i w dobrych humorach czekamy na lot! W stolicy Katalonii jesteśmy koło 15! Od razu czuć różnicę temperatur... i już wtedy stwierdzam, że bluza i para długich spodni się nie przyda... i jak się okazuje podczas dalszego pobytu wcale się nie mylę.
Na lotnisku odbiera nas Karolinka :-) i od razu wręcza mapkę metra.
| wtedy jeszcze stan był idealny :-) |
Od tego momentu już się z nią nie rozstaję. Na szybko wpadamy do domu zostawić bagaże napić się Sangrii i ruszamy na miasto! Jak się okazuje trafiliśmy na największe święto miasta. La Merce! Kulminacja ma nastąpić we wtorek. Ale cały poprzedzający tydzień już jest obfity w różne atrakcje:-) (chyba już po kryzysie).
Sporo kilometrów przespacerowaliśmy tego dnia a niektórzy przypłacili to odciskiem na stopie :-) Najpierw najsłynniejsza ulica Barcelony La Rambla a nią do portu, potem na plażę, potem pochodziliśmy po uliczkach gotyckich, obejrzeliśmy jakieś projekcje na Ratuszu i oczywiście spróbowaliśmy Hiszpańskiego piwa itd...itp... :-)
| mim... albo mimka :-) jeden/jedna z wielu :) |
| Kolumb a jego ręka ponoć pokazuje na Amerykę! |
No i nauczyliśmy się kilu słów i zwrotów:
hola- cześć
pan- chleb
cerveza- piwo
gracias - dziękuję
pardon- przepraszam
por favor - proszę, poproszę
que pasa?- co się dzieje?
como estas? jak się masz?
bien- dobrze
sangria - sangria :-)
i pewnie jeszcze kilku innych :-)
"It's a lie"
Następnego dnia wstaliśmy w miarę wcześniej by udać się pod Sagrada Familia by zobaczyć bazylikę którą ciągle budują i budują i jeszcze długo będą budować... bo aż do 2024 roku ponoć? Wyruszyliśmy tak wcześnie, że jeszcze zamknięty był sklep w sąsiedztwie koło domu... No tak... pierwsze sklepy otwierają tutaj dopiero o 9...
Nie był to przypadek, że właśnie tego dnia się tam udaliśmy. Na stronie internetowej Polonii mieszkającej w Barcelonie pojawiła się informacja, że z okazji La Merce w dniach 22,23 i 24 września można za darmo odwiedzić Sagrade.
Gdy dotarliśmy na miejsce kolejka już była spora... Wcześniej jednak udaliśmy się do sklepu by spożyć śniadanie... Chorizo... :-) Spróbowaliśmy :P Sylwii nie smakowało... a ja już też nie zamierzam tego jeść przez jakiś czas. Choć nie było aż takie słabe... :P No ale dobra, najedzeni ustawiamy się w kolejkę. Mija półtorej godziny i jesteśmy przy wejściu!! Wcześniej zaczepia nas Chinka/Japonka i pyta się która kolejka jest po darmowe tikety... No ale przy kasie na pytanie o darmowy wstęp w tych dniach pan uprzejmie odpowiada: "it's a lie" :-) Kupujemy więc wejściówki po 13,5 Euro i wchodzimy... w środku...ładnie :-)
Ale z zewnątrz robi większe wrażenie.
Potem piechotką udajemy się w kierunku plaży po drodze podziwiając zabudowę Barcelony i mijając kilka atrakcji turystycznych...
Na plaży już relaks przy piwku :-) Trochę też pomoczyliśmy nogi bacznie obserwując co pływa w wodzie :P
Powrót do domu piechotką. Po drodze mona było przysiąść i się zrelaksować...
ps. sporo osób biegających widać...
A wieczorem sangria...
Łącznie tego dnia zrobiliśmy koło 15 km... tak mi się wydaje :-)
"La Merce"
Dzień trzeci czyli wtorek... Metrem do centrum by uczestniczyć w święcie Patronki Barcelony. W sumie to nie tak do centrum. Bo najpierw ruszyliśmy w kierunku Arc de Triomf gdzie odbywała się degustacja wina...
okazało się, że niestety jesteśmy za wcześnie. Ruszamy w kierunku ratuszu gdzie mają budować ludzkie wieże! Po drodze napotykamy defiladę kukieł i mnóstwo ludzi. No tak... przecież dzisiaj dzień wolny od pracy! trzeba świętować.
Zobaczyliśmy co chcieliśmy więc ruszamy na piwko coś zjeść i piechotką na górę Montjuic. Na samym szczycie znajduje się Fortyfikacja, obiekty olimpijskie w tym stadion Olimpijski :-)
Do tego jeszcze kilka ciekawych rzeczy... Schodząc z góry napotykamy Pałac Królów.
Potem schodzimy na dół chwilę odpoczywamy, podziwiamy zabudowę a następnie w metro by w domu nauczyć się robić tapas oraz napić piwka i sangrii. Wieczorem jeszcze odwiedzamy Park Guela a dokładniej taras widokowy, z którego podziwiamy półgodzinne fajerwerki kończące obchody święta... ale my na tarasie spędziliśmy więcej czasu podziwiając Barcelonę nocą. Tego dnia zobaczyliśmy naprawdę sporo i sporo przeszliśmy :-) Podziękowania dla przewodnika :-)
"Vamos a la playa"
Środa to odpoczynek na plaży. Pogoda ku temu dobra bo chmur na niebie mało. Szybkie śniadanie, wsiadamy w metro w kierunku stacji Barceloneta. Szybkie zakupy w sklepie i... plan by przeleżeć i przepływać cały dzień :-) No i zrobić trening biegowy :-) Jedno małe jasne pełne i ruszam :-) Tak gorąco, że rezygnuję z koszulki :-)
w założeniach było przebiec całą plażę. No i się udało. Czasem zbiegłem polać się wodą z natrysku. Ale fajnie :D Widoki były niezłe :-) Zrobiłem 12 km... i się spóźniłem na miejsce startu :-/
Bywa... uzupełniłem płyny i do wody :-)
Woda super! Trafiliśmy na czystą. Będąc po szyję w wodzie doskonale było widać dno. Jedynie to trzeba było uważać na meduzy. Gdy ja biegałem to jeden koleś z klapkiem tłukł wodę... ? A następnie wyrzucił na brzeg dość sporą meduzę za co dostał oklaski od pozostałych plażowiczów :-) I tak na zmianę leżenie i pływanie :-) Zasolenie jest około 5-6 razy większe niż w naszym Bałtyku... wyporność wody spora :-) Nie wytrzymaliśmy całego dnia... trzeba było iść poszukać schronienia w cieniu przy jedzeniu i piwku :-) Coś tam jeszcze pozwiedzaliśmy i ruszyliśmy piechotką do domu :-) A w domu kolejna lekcja kultury Hiszpańskiej! Tym razem Aron pokazał nam jak zrobić samemu sangrię :D :-) Muy rico - pyszne.
Camp Nou
Czwartek to był dzień... Długi i męczący :-) Z samego rana udaliśmy się w kierunku Park Guell by tam spacerować i podziwiać przepiękny park.
Widoki nie do opisania... A następnie... ruszamy w kierunku stadionu Barcelony. Mapka w rękę i do przodu. Po drodze zawadzamy o restaurację oraz nawadniamy się San Miguelem co jakiś czas. W końcu jest stadion...
czuć już pierwsze zmęczenie :-) ale mimo tego postanawiamy ruszyć pieszo w kierunku la playa! Tam do późna regenerujemy siły i wracamy metrem do domu :-)
Przeszliśmy ponad 25 km :-)
W średnio sprzyjającym do tego typu wycieczek obuwiu :P Nawet zegarek siadł... przed końcem dnia.
W domu raczymy się sangrią... z myślą, że jutro już powrót :-/
Huevos por favor
Ostatni dzień... i to bardzo krótki :-| Rano ostatni sprawdzian w sklepie :-) Kupiłem jajka i pomidory! Pomidory wziąłem sam jednak o jajka trzeba było poprosić. Udało się!! Mimo tego, że sprzedawca chciał mi sprzedać początkowo jajko niespodziankę :P Śniadanie i kierunek port lotniczy...
Mapka od metra jest więc problemu z trafieniem nie będzie! Jednak pojawił się inny... z kartami od metra :-/ pogniotły się. I nie chciały działać. W końcu jedna zadziała a drugą udostępnił nam bardzo miły pan! Za co gracias!!
Dobry uczynek za dobry uczynek :-) Stojąc już w rękawie który prowadzi do wejścia samolotu nagle mdleje przed nami starsza pani. Bez wahania dajemy jej naszą wodę, którą zabraliśmy do samolotu :-) Pomogła jej bo odzyskała przytomność a po jakimś czasie popijając zapytała skąd ta woda? Na co mąż: ktoś z tyłu dał :P wszystko zakończyło się szczęśliwie... No prawie wszystko... Bo przez brak wody musiałem wypić w samolocie Sangrię kupioną na strefie bezcłowej :P Ale pamiątka jest!! Bo butelka jest w domu :-)
To tak bardzo pobieżnie...
Już tęsknimy Barcelono :(
hola- cześć
pan- chleb
cerveza- piwo
gracias - dziękuję
pardon- przepraszam
por favor - proszę, poproszę
que pasa?- co się dzieje?
como estas? jak się masz?
bien- dobrze
sangria - sangria :-)
i pewnie jeszcze kilku innych :-)
"It's a lie"
Następnego dnia wstaliśmy w miarę wcześniej by udać się pod Sagrada Familia by zobaczyć bazylikę którą ciągle budują i budują i jeszcze długo będą budować... bo aż do 2024 roku ponoć? Wyruszyliśmy tak wcześnie, że jeszcze zamknięty był sklep w sąsiedztwie koło domu... No tak... pierwsze sklepy otwierają tutaj dopiero o 9...
Nie był to przypadek, że właśnie tego dnia się tam udaliśmy. Na stronie internetowej Polonii mieszkającej w Barcelonie pojawiła się informacja, że z okazji La Merce w dniach 22,23 i 24 września można za darmo odwiedzić Sagrade.
Gdy dotarliśmy na miejsce kolejka już była spora... Wcześniej jednak udaliśmy się do sklepu by spożyć śniadanie... Chorizo... :-) Spróbowaliśmy :P Sylwii nie smakowało... a ja już też nie zamierzam tego jeść przez jakiś czas. Choć nie było aż takie słabe... :P No ale dobra, najedzeni ustawiamy się w kolejkę. Mija półtorej godziny i jesteśmy przy wejściu!! Wcześniej zaczepia nas Chinka/Japonka i pyta się która kolejka jest po darmowe tikety... No ale przy kasie na pytanie o darmowy wstęp w tych dniach pan uprzejmie odpowiada: "it's a lie" :-) Kupujemy więc wejściówki po 13,5 Euro i wchodzimy... w środku...ładnie :-)
Ale z zewnątrz robi większe wrażenie.
Potem piechotką udajemy się w kierunku plaży po drodze podziwiając zabudowę Barcelony i mijając kilka atrakcji turystycznych...
| handlarze kocykowi :-) |
Na plaży już relaks przy piwku :-) Trochę też pomoczyliśmy nogi bacznie obserwując co pływa w wodzie :P
| mała meduza :-) |
ps. sporo osób biegających widać...
A wieczorem sangria...
Łącznie tego dnia zrobiliśmy koło 15 km... tak mi się wydaje :-)
"La Merce"
Dzień trzeci czyli wtorek... Metrem do centrum by uczestniczyć w święcie Patronki Barcelony. W sumie to nie tak do centrum. Bo najpierw ruszyliśmy w kierunku Arc de Triomf gdzie odbywała się degustacja wina...
okazało się, że niestety jesteśmy za wcześnie. Ruszamy w kierunku ratuszu gdzie mają budować ludzkie wieże! Po drodze napotykamy defiladę kukieł i mnóstwo ludzi. No tak... przecież dzisiaj dzień wolny od pracy! trzeba świętować.
Zobaczyliśmy co chcieliśmy więc ruszamy na piwko coś zjeść i piechotką na górę Montjuic. Na samym szczycie znajduje się Fortyfikacja, obiekty olimpijskie w tym stadion Olimpijski :-)
| dojrzeją dopiero w grudniu :-/ |
Do tego jeszcze kilka ciekawych rzeczy... Schodząc z góry napotykamy Pałac Królów.
Potem schodzimy na dół chwilę odpoczywamy, podziwiamy zabudowę a następnie w metro by w domu nauczyć się robić tapas oraz napić piwka i sangrii. Wieczorem jeszcze odwiedzamy Park Guela a dokładniej taras widokowy, z którego podziwiamy półgodzinne fajerwerki kończące obchody święta... ale my na tarasie spędziliśmy więcej czasu podziwiając Barcelonę nocą. Tego dnia zobaczyliśmy naprawdę sporo i sporo przeszliśmy :-) Podziękowania dla przewodnika :-)
"Vamos a la playa"
Środa to odpoczynek na plaży. Pogoda ku temu dobra bo chmur na niebie mało. Szybkie śniadanie, wsiadamy w metro w kierunku stacji Barceloneta. Szybkie zakupy w sklepie i... plan by przeleżeć i przepływać cały dzień :-) No i zrobić trening biegowy :-) Jedno małe jasne pełne i ruszam :-) Tak gorąco, że rezygnuję z koszulki :-)
w założeniach było przebiec całą plażę. No i się udało. Czasem zbiegłem polać się wodą z natrysku. Ale fajnie :D Widoki były niezłe :-) Zrobiłem 12 km... i się spóźniłem na miejsce startu :-/
Bywa... uzupełniłem płyny i do wody :-)
Woda super! Trafiliśmy na czystą. Będąc po szyję w wodzie doskonale było widać dno. Jedynie to trzeba było uważać na meduzy. Gdy ja biegałem to jeden koleś z klapkiem tłukł wodę... ? A następnie wyrzucił na brzeg dość sporą meduzę za co dostał oklaski od pozostałych plażowiczów :-) I tak na zmianę leżenie i pływanie :-) Zasolenie jest około 5-6 razy większe niż w naszym Bałtyku... wyporność wody spora :-) Nie wytrzymaliśmy całego dnia... trzeba było iść poszukać schronienia w cieniu przy jedzeniu i piwku :-) Coś tam jeszcze pozwiedzaliśmy i ruszyliśmy piechotką do domu :-) A w domu kolejna lekcja kultury Hiszpańskiej! Tym razem Aron pokazał nam jak zrobić samemu sangrię :D :-) Muy rico - pyszne.
Camp Nou
Czwartek to był dzień... Długi i męczący :-) Z samego rana udaliśmy się w kierunku Park Guell by tam spacerować i podziwiać przepiękny park.
A czasem udało się posłuchać i zobaczyć artystów:
czuć już pierwsze zmęczenie :-) ale mimo tego postanawiamy ruszyć pieszo w kierunku la playa! Tam do późna regenerujemy siły i wracamy metrem do domu :-)
Przeszliśmy ponad 25 km :-)
W średnio sprzyjającym do tego typu wycieczek obuwiu :P Nawet zegarek siadł... przed końcem dnia.
W domu raczymy się sangrią... z myślą, że jutro już powrót :-/
Huevos por favor
Ostatni dzień... i to bardzo krótki :-| Rano ostatni sprawdzian w sklepie :-) Kupiłem jajka i pomidory! Pomidory wziąłem sam jednak o jajka trzeba było poprosić. Udało się!! Mimo tego, że sprzedawca chciał mi sprzedać początkowo jajko niespodziankę :P Śniadanie i kierunek port lotniczy...
Mapka od metra jest więc problemu z trafieniem nie będzie! Jednak pojawił się inny... z kartami od metra :-/ pogniotły się. I nie chciały działać. W końcu jedna zadziała a drugą udostępnił nam bardzo miły pan! Za co gracias!!
Dobry uczynek za dobry uczynek :-) Stojąc już w rękawie który prowadzi do wejścia samolotu nagle mdleje przed nami starsza pani. Bez wahania dajemy jej naszą wodę, którą zabraliśmy do samolotu :-) Pomogła jej bo odzyskała przytomność a po jakimś czasie popijając zapytała skąd ta woda? Na co mąż: ktoś z tyłu dał :P wszystko zakończyło się szczęśliwie... No prawie wszystko... Bo przez brak wody musiałem wypić w samolocie Sangrię kupioną na strefie bezcłowej :P Ale pamiątka jest!! Bo butelka jest w domu :-)
To tak bardzo pobieżnie...
Już tęsknimy Barcelono :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

