wtorek, 13 maja 2014

Oto jest dzień!!

Może wróciłem do biegania a może było to tylko sporadyczne wyjście...  a na następne dopiero przyjdzie pora za miesiąc?
Co by nie było urlop w Polsce należy zaliczyć do udanych! Było obficie wszystkiego.
Udało się kupić wdzianko na ślub, do którego zostało już mniej dni niż maraton ma kilometrów. Udało się zjeść dużo pyszności zarówno tych zrobionych przez mamę, pizzermana a także przez panie kucharki. 
Była również msza i to bardzo wyjątkowa, bo pierwszokomunijna. Oprawa mszy była naprawdę niezwykła, piękne pieśni, świetny organista itd... ! Po mszy uroczystość w lokalu. A tam... prócz pysznego jedzenia było też trochę sportu.  Zagraliśmy mecz w piłkę nożną. Komunia Dawida przeciwko Komunii Płonące Indyki (do przeciwnej drużyny tuż przed meczem podjechało płonące ptastwo). Emocje były spore. Mało mi spodnie nie pękły... :-/ jak kupowałem je na sylwestra to był luźne... a teraz? Teraz luźne nie są :D Spodnie nie pękły ale na ziemi wylądowałem... Lecz nie symulowałem jak Ci nażelowani piłkarze z telewizji ;P Po prostu wpadłem w poślizg. Mecz był niezwykle emocjonujący a gra była twarda, jedni zawodnicy dostawali czerwone kartki, innych eliminowały sprawy których nie można lekko ważyć! Ale udało się!! Płonące indyki nie dały nam rady! 6-4!! Takim rezultatem zakończył się mecz!! Potem były jeszcze kolejne mecze. Ale były to już gry wewnętrzne ;-)  Do tego na "sali" czy tam "hali". 
No ale do sedna! Mecze te okupiłem solidnymi zakwasami. Przynajmniej tak mi się wydawało, że są solidne. Obudziłem się w całkiem niezłym stanie. I postanowiłem, że tak jak sobie obiecałem, czyli od wielkiego dzwonu będę biegał. No to co? Kierunek Zielonka.  ----->
Najpierw spacerek, żeby zapoznać się z trasą. Bez żadnego tempa, wyłącznie radowanie się tym co kocham! Bukiet konwalii potem szukanie mrowiska... 
Jednak tak jak i ja mrówki chyba zmieniły miejsce zamieszkania :-/  Brakowało mi tego powietrza! W lesie niedawno skończyła się przycinka. A co za tym idzie intensywna woń żywicy była naszym towarzyszem. 

Niestety nie udało się zobaczyć z bliska żadnego większego zwierzęcia... A bardzo liczyłem na sarenkę bądź dzika. Ale nie liczyłem na kukułkę!! A ta nagle dała o sobie znać. Ku-ku, ku-ku...  Całe szczęście, że w kieszeni znalazło się kilka groszy. Nie dałem się okukać! 

Jak się okazało tego spaceru wyszło równiutko osiem kilometrów!!! Super!!



Ale przede mną jeszcze trening biegowy. Obawy spore! Tym bardziej, że trening nie był w pojedynkę. Nie chciałem blado wypaść na tle brata. No ale czego się można spodziewać po kimś co w ogóle nie biega, lubi piwo... nawet przed treningiem co widać po brzuchu... ech... a do tego te intensywnie spędzone minione trzy dni. Do biegu byłem przygotowany profesjonalnie!! No ale jak to mawiają: raz kozie śmierć!
Garminy położone na stoliku  szukają sygnału, a my w tym czasie zajmujemy się krótką rozgrzewką! 
Jakie założenia na bieg? Od razu dałem wytyczne, że tempo dla mnie to 5:30-5:45 a dystans chciałbym dość długi... Niestety ograniczał nas czas więc postanowiliśmy że zrobimy coś w granicach 12-15 km.  No i ruszyliśmy. Ja zająłem się trzymaniem butelki...  bo wiedziałem, że to ja będę przeważnie z niej korzystał (okazało się, że wyłącznie ja). Nie przebiegliśmy nawet połowy kilometra a już pierwsza niespodzianka... Za nami ktoś biegnie by po chwili nas wyprzedzić.... Któż to? Kto ważył się nas wyprzedzić i to tak zdecydowanie?  W sumie były to cztery nogi. Czyli tak jak i u nas. Z tym, że należały do jednego stworzenia.
Bartek: - O nie! Bambo!!! Co Ty tutaj robisz?
Bambo: - Hau! Hau! (Biegnę z Wami! a co zdziwiony?)
Ja: No i co teraz? Bierzemy go na trening?
Bartek: - Chyba nie, bo dla niego maks to 5 kilometrów.
Bambo na to zamerdał ogonem, ale chyba nie był zadowolony z tego co mówił do niego Pan.
Michał: - No to chodź zawrócimy i go odstawimy.
No i tak zrobiliśmy. Bambus był rozczarowany naszym zachowaniem. Mocno na nas nakrzyczał. Było widać, że miał do nas żal. I słychać też.

I tak nam upłynął pierwszy kilometr a my nadal w miejscu startu.
No ale dobra!! Bez spinania się, biegniemy sobie powoli. Za chwilę zaczyna się górka a w sumie to małe nachylenie. Pada propozycja,żeby przyspieszyć. No to dawaj!!! Całkiem nieźle nam poszło! Podczas zbiegu z górki wyrównujemy oddech. Ale za chwile scena jak z wyścigu, lecz tym razem nie Apollo Creeed kontra Rocky Balboa lecz nasza dwójka się ściga. Pociągnęliśmy tak dobre trzysta metrów!! Potem znowu pora na wyrównanie oddechu. A ja myślę, czy mądre takie bieganie? Przypomniałem sobie, że przecież mam spore braki. Ale potem już było spokojnie. Bez żadnych szarży. Choć tempo i tak sporo szybsze od zakładanego.  Bo poniżej 5:20. I tak sobie biegliśmy i biegliśmy. Trasa wymarzona! Zieleń, szum drzew. Nawet trafiliśmy na gaj poprzedniego Papieża(postawiono upamiętniającą tablicę w tym miejscu). Nigdy wcześniej tam nie byłem. Do tego czasu biegło mi się dobrze...
Siódmy kilometr zrobiliśmy jeszcze szybciej. Wtedy nogi dały znać ,że rozbrat ze sportem to nie ściema! Ale się nie poddawałem.A nawet przyspieszyliśmy!! Tempo ponad miarę moich możliwości!! Ale co tam!! Nie dam po sobie nic pokazać :D Mijając dwie seniority udaję, że to ja jestem ten bardziej wypoczęty ;-) Ech... pomyliłem słowa to  nie seniority a seniorki. Spacerowały z kijkami nordic-walking w towarzystwie psa. (tutaj by był problem z Bambim :P) No ale lecimy dalej a przy tym śrubujemy kolejne kilometry w dobrych czasach! Ja już zaczynam odliczać w głowie ile do mety. Jest coraz ciężej. I o ile wcześniej miałem ochotę na rozmowę, to teraz już nie zagaduję. Koncentruję się wyłącznie na biegu i próbie wyrównania oddechu! Ale jak ma mi się to udać skoro my nie zwalniamy? Jednak zarówno mój garmin jak i Bartka zgubił sygnał w tym samym miejscu (chyba to nie jest zbieg okoliczności, że stało się to nieopodal jednostki wojskowej). Bartek mówi, że czasem się to zdarza w tym miejscu. No i przez ten mały "myk"... teoretycznie "zwolniliśmy".  Ale to nic... Do mety jeszcze dwa kilometry. Już blisko!! Hura!! Jestem spokojny o swoją przyszłość. 
Ale okazuje, że teraz się zaczyna! Tempo wzrasta! Bartek rezygnuje z biegu ramię w ramię :-/ Wyprzedza mnie i biegnie trzy  metry przede mną! No a tempo coraz szybsze... Nie wiem jak to się stało, że nie zwolniłem kroku? Chyba nie miałem siły do niego krzyknąć żeby się uspokoił. Choć miałem taki zamiar! I tak kolejno 12 i 13 kilometr wyszedł tempem w granicach 4:15!! Echh....!!!
W końcu meta!!



 Zbiliśmy piątki!! Pogratulowałem bratu formy a on mi zawziętości :D Nieźle mnie pociągnął!! Dopiero jak stanąłem to się zaczęło!! Skurcze itd...!! Za chwilę nogi jak z waty. Bambik mało co mnie nie przewrócił ;-) 


Ale dumny z siebie byłem i jestem!! Szkoda tylko, że nie miałem pulsometru... Zasłużyłem na pizze i coś do popicia ;-)
Jestem mega zadowolony z takiego wspólnego treningu!! Wielkie dzięki za lekcje!!
 Tylko te zakwasy... dzisiaj są ogromne!!! Ledwo co udało mi się wyjść z samolotu.... a potem jeszcze spacer z walizką do domu... ;-)

pozdrowienia!!!

niedziela, 27 kwietnia 2014

święta, święta... i już tydzień po świętach...

Szybko minęły święta na obczyźnie... tym bardziej, że Poniedziałek Wielkanocny spędziłem w pracy...
Jak to jest, że wielkie molochy w UK nie potrafią uszanować najważniejszych dla Chrześcijan Świąt? A jednocześnie potrafią bez problemu dać miesiąc wolnego na okres Ramadanu wyznawcom islamu? Niestety tak jest... ale nie ma co  się nad tym rozpisywać skoro język arabski staję się obowiązkowym w angielskich szkołach... itd...

Z moim bieganiem najlepiej nie jest póki co... ;-)
Ale jako, że już po świętach to chciałem chociaż napisać coś o moich postanowieniach ma okres postu...
Było ich kilka a czy udało się zrealizować choć jedno?
http://psocior.blogspot.co.uk/2014/03/ostatki.html
Zdecydowanie jednym z łatwiejszych było poszczenie w piątki...  można przy nim zaznaczyć ptaszka :-)

Pochłanianie czekolady ograniczyłem faktycznie. W sumie to na początku postu był problem, bo  zjadałem na rozpoczęcie nowego  tygodnia cały limit, by potem czekać na kolejny poniedziałek...  Ale z upływem tygodni to się zmieniło...a na urlopie w Polsce zupełnie zapomniałem o czekoladzie...a Po urlopie także... teraz jedna mi starcza na cały tydzień :-)
Jak poszło czytanie książek...  Nie wiem czy mogę być z siebie dumny... spodziewałem się, że będzie lepiej.
Zacząłem od Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka bardzo wartościowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie!

Kolejna książka bardzo lekka i prosta w czytaniu to "Buszujący w zbożu".

Z wyborem kolejnej miałem spore problemy... Może mi ktoś tutaj coś poleci... ?  Sporo książek czytałem dobrych jednak nie chciałem ich czytać po raz drugi lub po raz któryś tam...  Zastanawiałem się nad Kingiem, Cobenem, Ludlumem, Grishamem by zdecydować się na książkę Mud, Sweat and Tears (Kurz, Pot i Łzy), której autorem jest dość popularny ostatnio Bear Grylls! 

Ostatecznie zacząłem inną książkę.  Dawno temu przeczytałem "Starą Baśń" Józefa Ignacego Kraszewskiego a teraz po sporej przerwie postanowiłem, że przeczytam wszystkie jego książki z cyklu "Dzieje Polski".
I tak w moje ręce trafiła książka o początkach chrześcijaństwa w Polsce a tytuł jej to " Lubonie".
                 

Książkę bardzo dobrze mi się czytało! Zresztą uwielbiam tą tematykę! Wszystko bardzo zbliżone do moich ulubionych książek Karola Bunscha!

Z kolejną książką już nie miałem trudności by wybrać. Padło na pozycję "Bracia Zmartwychwstańcy" . Fabuła toczy się w okresie panowania Bolesława Chrobrego.
Podczas postu udało mi się skończyć jedynie tom pierwszy.

Z drugiego zostało niewiele bo doszedłem do 125 strony.

Teraz już kończę trzeci. By niedługo zacząć kolejną książkę!!
Podsumowanie: Jakby nie było to przeczytałem trzy książki... Jeśli zsumować strony to wyszło prawie to co zamierzałem... 1189 stron. Żebym wiedział, że tak mało brakuje to bym przezwyciężył sen ;-)
A więc:
Ostanie postanowienie to był drążek... miało być dwadzieścia powtórzeń... Trenowałem zawzięcie, postępy szły znakomicie!  Z dnia na dzień dokładałem kolejne powtórzenia. Prognozy pokazywały, że będzie nawet nadwyżka!! Przyszedł termin świąt, który miał wszystko zweryfikować!! Ale nie musiał...  niestety walczyłem trochę z chorobą i zaprzestałem ćwiczyć :-/ Bywa... Jak co roku... :-(
A więc: 



Najważniejsze, że w końcu udało się pokonać "infekcję".




Teraz moje bieganie stoi pod wielkim znakiem zapytania....
Przed świętami zebrałem się jeszcze na trening biegowy... Było to w środę, tuż przed rozpoczęciem Triduum Paschalnego. Pogoda była ku temu sprzyjająca.  



Zrobiłem osiem kilometrów, by było trochę miejsca na świąteczne pyszności.


A pyszności było sporo :-)
Między innymi murzynek, którego to zjadłem praktycznie sam :D :





Jak się go jadło to można było się przenieść do Zielonej Góry i wrócić do dawnych już rozmów z Babcią i przesiadywaniem na tarasie.!

Święta za za nami...

Z moim bieganiem słabo. Ale na pewno nie oznacza to koniec! Są osoby, które wracają do tego, nawet po kilku latach. A ja nie dopuszczam jeszcze takiego słabego scenariusza. Póki co mam zamiar ruszać się tylko od wielkiego dzwonu...  na przykład jest jak będę w Polsce na urlopie. Wtedy nie omieszkam przebiec się po lesie nawet jak przypłacę to później bólem. No!! 
Achillesy regenerujcie się!! 


Pozdrawiam!!


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

8 km + 90 min + 10 km...


... czyli trochę rowerku + trochę tenisa + i trochę biegania

Dzisiaj wolne... udało się zbudzić około 8 rano.
Szybkie śniadanie i ruszyliśmy na rowerach w kierunku kortów tenisowych.
Wyszło półtorej godziny gry... o losach gry nie będę się rozpisywał bo nie wynik był ważny :P Grało się przyjemnie jednak tak jak wczorajszego dnia przeszkadzał nieco wiatr...

Czułem się dzisiaj na siłach. Jak już uleżał mi się obiad to wybrałem się pobiegać!
Główne założenie na dzisiejszy bieg to nie zmęczyć się za bardzo. Postanowiłem, że dobrym sposobem będzie oddychanie wyłącznie przez nos. To miał być mój wyznacznik tempa... :-)
Pogoda na zewnątrz bardzo przyjemna! Słoneczko, trochę chmurek, temperatura coś w granicach 13-14 stopni celsjusza. W parku sporo ludzi, sporo biegaczy, rowerzystów i innych ;-)


Nogi w miarę dawały radę... mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie jeszcze lepiej. Zamierzałem zrobić dystans około 10 kilometrów... Kółka po parku szły dobrze a tempo było lepsze niż zakładałem przed biegiem. Tutaj krótki filmik z biegu, pracuję nad techniką ;-)



Podczas kolejnych okrążeń obserwowałem latawiec o taki duży! Jak na filmiku ;-) Niestety drgania spore ze zmęczenia i z braku stabilizatora obrazu oraz z braku stabilnej ręki ;-)
Na sam koniec już przy wybieganiu napotkałem lodziarnię i naszła mnie ogromna ochota na loda... :-| Niestety nie miałem pieniędzy a do tego jeszcze biorę antybiotyk ;-) Ale jak będzie cieplej w przyszłym tygodniu to czemu nie ;-)

Ostatni kilometr to już podbieg... nadal oddychałem przez nos ;-) Jednak puls mocno poszedł w górę i doszedł do 180!! Dobiegając do domu na zegarku wyszło prawie 10 i pół kilometra.
zdjęcie już po rozciąganiu a puls nadal wysoki ;-)



Tutaj tempo i rosnący puls:


Kolejny trening może w środę...
Póki co będę biegał spokojnie bez oparcia o żaden plan treningowy... Jak będzie dobrze szło przez miesiąc do zobaczymy. Może pokuszę się o jakieś zawody w czerwcu?




Pozdrawiam!

niedziela, 13 kwietnia 2014

tenis!! starcie pierwsze!

Niedziela!
Dzisiaj maratony odbywały się w rodzimej Łodzi, Warszawie, Londynie i w wielu innych miejscach...
Gratulacje dla wszystkich uczestników.
Ja z biegania dzisiaj zrezygnowałem... Ale i tak było na sportowo :-)

Pogoda w miarę ok... palemka poświęcona.
Niedzielny obiad zjedzony więc po obiedzie trzeba jakoś kalorie spalić.
Połowa kwietnia i udało się zagrać pierwszy mecz tenisa z Kamilem.
Akurat dla nas został ostatni wolny kort. Rozgrzewka nie była zbyt długa... po 3 minutach przeszliśmy do rzeczy.
Pierwsze set szczęśliwie rozpocząłem z wiatrem... Co czasem pomagało ale nie zawsze. Przy wysokich piłkach trzeba było uważać. Długo nie graliśmy tego seta, bo skończył się wynikiem 6-2 dla mnie...
Jednak po zmianie stron już tak łatwo nie szło...
Graliśmy jak baby... jeśli chodzi o utrzymanie swojego podania. Co chwila następowały przełamania.
Prowadziłem 3-1 by za chwilę remisować 3-3, znowuż udało się zrobić dwugemową przewagę i było 5-3... do zwycięstwa brakowało już tylko gema. No ale... zrobiło się 5-5. Decydujące gemy już bez przełamań... Chociaż przy stanie 6-5 dla mnie miałem już piłkę meczową... jednak Kamil nie dał za wygraną i doprowadził do stanu 6-6!
Po łyku wody i czas rozpocząć tie break...
Zaczęło się dobrze bo prowadziłem już 4-1... jednak potem już punktów nie zdobywałem... Za to do Kamila uśmiechnęła się fortuna i miał trzy piłki setowe... powiedzenie do trzech razy sztuka w jego przypadku okazało się trafne, bo kolejnej szansy już nie miał a tie break zakończył się wynikiem 12-10!!
Było trochę pomyłek, takich jak zmiany stron na korcie... no ale... można puścić to w niepamięć! Następnym razem będziemy się bardziej pilnować.
Stan naszej rywalizacji w 2014 roku to 1:0 dla mnie :-)

Michał - Kamil  6-2, 7-6(12-10)

Jutro znowu tenis :-) Tym razem gra mieszana. No i mam nadzieję, że znajdę jeszcze trochę sił na bieganie!


Pozdrawiam!

czwartek, 10 kwietnia 2014

Oby pogoda dopisywała bo wracamy do tenisa :-)

Piłki na nowy sezon już są!!



Nie wiedziałem, że są pakowane próżniowo czy coś w tym stylu... 
Taka ciekawostka...  przy otwieraniu odgłos jak przy otwieraniu piwka ;-) 

Może jutro a jak nie to w weekend wypróbujemy!  O ile będzie pogoda?

ruszyłem się...

Ile przerwa moja trwała? długo... zdecydowanie za długo... :-/
W sumie to od połowy grudnia...  ale co poradzić?
Mam tylko nadzieję, że teraz będzie lepiej i dam radę pobiegać...

Tydzień temu coś drgnęło. Najpierw we wtorek półtorej godzinki tenisa,  w środę lot do Polski...
tam do lekarza... no i antybiotyk :-/ niedoleczone zapalenie oskrzeli...  przez prawie cztery miesiące z nim walczyłem...  lecz nie udawało się. Bywało, że niby już wszystko było w porządku, by budząc się następnego dnia znów poczuć  pieczenie w klatce piersiowej i ciężki oddech.
Po wizycie u lekarza postanowiłem, że z antybiotykiem  jeszcze trochę się wstrzymam bo w końcu to urlop...
Gorzej było powstrzymać się z bieganiem.
Przegrałem z urokiem lasu i z tym, że miałem towarzyszyć Sylwii na rowerze a nie na własnych nogach...
Co poradzić? Postanowiłem, że jednak się przebiegnę.  Butów do biegania nie mogłem znaleźć, pożyczyłem od brata. Pod lasem na szybko się przebrałem i powoli ruszyliśmy...


Tempo bardzo spokojne - idealne dla mnie :-) NIE MA TO JAK BIEGANIE PO LESIE!!!
Oddycha się całkiem nieźle, ciepłe i świeże powietrze robi swoje. Biegnie się fajnie, chociaż mięśnie dają znać, że dopiero co budzą się ze snu... W okolicach trzeciego kilometra spotykamy Bartka który trenuje podbiegi :-) W głowie przeszła myśl, że zanim ja zacznę mocniej biegać to jeszcze sporo czasu musi upłynąć..
Po drodze napotykamy sarenkę, która uskakuje głębiej w las by potem obserwować naszą niezbyt dobrą technikę biegową :P  Chwilę później spotykamy jeszcze jej dwie siostry. Promyki słońca już coraz słabiej docierają do lasu ale i nasza trasa dobiega końca :-) HURA!! Wyszło 7,5 km...

Następnego dnia powtórka! Stwierdziliśmy, że póki można to trzeba korzystać! Tym razem do lasu wybraliśmy się nieco wcześniej bo na wieczór mieliśmy już zaplanowaną wyjątkową Drogę Krzyżową.
Tempo wyszło trochę szybsze niż poprzedniego dnia i dołożyliśmy nawet 200 metrów ;-)

Większej zwierzyny tego dnia już nie napotkaliśmy zadowoliliśmy się zapachem żywicy z pobliskiej wycinki i wszystkimi innym urokami lasu! Postanowiliśmy też, że przy następnej wizycie obowiązkowo zrobimy po lesie kilka kilometrów.

Tydzień urlopu i dwa treningi? Całkiem nieźle!! Ale zebraliśmy się i na trzeci trening!!
Tym razem nad Zalewem Zemborzyckim oddalonym od Łodzi o blisko 300 km!
Kiedyś już dane mi  było biegać w okolicach tego Zalewu ...  relacja tutaj
Jednak tym razem nie był to wyścig ;-)
Pogoda nam się trafiła wyśmienita. Temperatura bliska 20 stopni Celsjusza a do tego lekki wiaterek. Czego chcieć więcej? Butów do biegania...
Zdecydowałem się pobiec w butach do codziennego użytku...

 Nie było tak źle...
Niestety między 6 a 7 kilometrem zamiast pobiec wzdłuż linii brzegowej zalewu pobiegliśmy dalej ścieżką rowerową. Odbiegła ona sporo od zalewu i od tej pory biegło się już gorzej... zamiast jeziorka i lasu towarzyszyła nam bliskość ruchliwej drogi a co za tym idzie niezbyt przyjemny hałas samochodów.
Wraz z tempem spadały nasze morale i jakoś przed 11 kilometrem postanowiliśmy resztę trasy dospacerować...

Zalewu nie udało się okrążyć biegiem, ale dzięki temu mamy kolejny cel do zrealizowania w niedalekiej przyszłości... (może czerwiec?)

Po biegu mały posiłek

a po posiłku kolejny... już bardziej odżywczy :-)

 Moje ulubione danie ze sklepu w Prawiednikach!
No i to tyle!!
Wczoraj zacząłem brać antybiotyk a wieczorem przywitała mnie już Anglia...
Dzisiaj zdecydowałem się na kolejny trening.
Tym razem już nieco szybszy... i w butach bardziej przystosowanych do biegania!
Wyszło takie coś:


Do zbudowania formy droga daleka. Ale będę nią zmierzał!