Niedziela!
Dzisiaj maratony odbywały się w rodzimej Łodzi, Warszawie, Londynie i w wielu innych miejscach...
Gratulacje dla wszystkich uczestników.
Ja z biegania dzisiaj zrezygnowałem... Ale i tak było na sportowo :-)
Pogoda w miarę ok... palemka poświęcona.
Niedzielny obiad zjedzony więc po obiedzie trzeba jakoś kalorie spalić.
Połowa kwietnia i udało się zagrać pierwszy mecz tenisa z Kamilem.
Akurat dla nas został ostatni wolny kort. Rozgrzewka nie była zbyt długa... po 3 minutach przeszliśmy do rzeczy.
Pierwsze set szczęśliwie rozpocząłem z wiatrem... Co czasem pomagało ale nie zawsze. Przy wysokich piłkach trzeba było uważać. Długo nie graliśmy tego seta, bo skończył się wynikiem 6-2 dla mnie...
Jednak po zmianie stron już tak łatwo nie szło...
Graliśmy jak baby... jeśli chodzi o utrzymanie swojego podania. Co chwila następowały przełamania.
Prowadziłem 3-1 by za chwilę remisować 3-3, znowuż udało się zrobić dwugemową przewagę i było 5-3... do zwycięstwa brakowało już tylko gema. No ale... zrobiło się 5-5. Decydujące gemy już bez przełamań... Chociaż przy stanie 6-5 dla mnie miałem już piłkę meczową... jednak Kamil nie dał za wygraną i doprowadził do stanu 6-6!
Po łyku wody i czas rozpocząć tie break...
Zaczęło się dobrze bo prowadziłem już 4-1... jednak potem już punktów nie zdobywałem... Za to do Kamila uśmiechnęła się fortuna i miał trzy piłki setowe... powiedzenie do trzech razy sztuka w jego przypadku okazało się trafne, bo kolejnej szansy już nie miał a tie break zakończył się wynikiem 12-10!!
Było trochę pomyłek, takich jak zmiany stron na korcie... no ale... można puścić to w niepamięć! Następnym razem będziemy się bardziej pilnować.
Stan naszej rywalizacji w 2014 roku to 1:0 dla mnie :-)
Michał - Kamil 6-2, 7-6(12-10)
Jutro znowu tenis :-) Tym razem gra mieszana. No i mam nadzieję, że znajdę jeszcze trochę sił na bieganie!
Pozdrawiam!
niedziela, 13 kwietnia 2014
czwartek, 10 kwietnia 2014
Oby pogoda dopisywała bo wracamy do tenisa :-)
Piłki na nowy sezon już są!!
Nie wiedziałem, że są pakowane próżniowo czy coś w tym stylu...
Taka ciekawostka... przy otwieraniu odgłos jak przy otwieraniu piwka ;-)
Może jutro a jak nie to w weekend wypróbujemy! O ile będzie pogoda?
ruszyłem się...
Ile przerwa moja trwała? długo... zdecydowanie za długo... :-/
W sumie to od połowy grudnia... ale co poradzić?
Mam tylko nadzieję, że teraz będzie lepiej i dam radę pobiegać...
Tydzień temu coś drgnęło. Najpierw we wtorek półtorej godzinki tenisa, w środę lot do Polski...
tam do lekarza... no i antybiotyk :-/ niedoleczone zapalenie oskrzeli... przez prawie cztery miesiące z nim walczyłem... lecz nie udawało się. Bywało, że niby już wszystko było w porządku, by budząc się następnego dnia znów poczuć pieczenie w klatce piersiowej i ciężki oddech.
Po wizycie u lekarza postanowiłem, że z antybiotykiem jeszcze trochę się wstrzymam bo w końcu to urlop...
Gorzej było powstrzymać się z bieganiem.
Przegrałem z urokiem lasu i z tym, że miałem towarzyszyć Sylwii na rowerze a nie na własnych nogach...
Co poradzić? Postanowiłem, że jednak się przebiegnę. Butów do biegania nie mogłem znaleźć, pożyczyłem od brata. Pod lasem na szybko się przebrałem i powoli ruszyliśmy...
Tempo bardzo spokojne - idealne dla mnie :-) NIE MA TO JAK BIEGANIE PO LESIE!!!
Oddycha się całkiem nieźle, ciepłe i świeże powietrze robi swoje. Biegnie się fajnie, chociaż mięśnie dają znać, że dopiero co budzą się ze snu... W okolicach trzeciego kilometra spotykamy Bartka który trenuje podbiegi :-) W głowie przeszła myśl, że zanim ja zacznę mocniej biegać to jeszcze sporo czasu musi upłynąć..
Po drodze napotykamy sarenkę, która uskakuje głębiej w las by potem obserwować naszą niezbyt dobrą technikę biegową :P Chwilę później spotykamy jeszcze jej dwie siostry. Promyki słońca już coraz słabiej docierają do lasu ale i nasza trasa dobiega końca :-) HURA!! Wyszło 7,5 km...
Następnego dnia powtórka! Stwierdziliśmy, że póki można to trzeba korzystać! Tym razem do lasu wybraliśmy się nieco wcześniej bo na wieczór mieliśmy już zaplanowaną wyjątkową Drogę Krzyżową.
Tempo wyszło trochę szybsze niż poprzedniego dnia i dołożyliśmy nawet 200 metrów ;-)
Większej zwierzyny tego dnia już nie napotkaliśmy zadowoliliśmy się zapachem żywicy z pobliskiej wycinki i wszystkimi innym urokami lasu! Postanowiliśmy też, że przy następnej wizycie obowiązkowo zrobimy po lesie kilka kilometrów.
Tydzień urlopu i dwa treningi? Całkiem nieźle!! Ale zebraliśmy się i na trzeci trening!!
Tym razem nad Zalewem Zemborzyckim oddalonym od Łodzi o blisko 300 km!
Kiedyś już dane mi było biegać w okolicach tego Zalewu ... relacja tutaj
Jednak tym razem nie był to wyścig ;-)
Pogoda nam się trafiła wyśmienita. Temperatura bliska 20 stopni Celsjusza a do tego lekki wiaterek. Czego chcieć więcej? Butów do biegania...
Zdecydowałem się pobiec w butach do codziennego użytku...
Nie było tak źle...
Niestety między 6 a 7 kilometrem zamiast pobiec wzdłuż linii brzegowej zalewu pobiegliśmy dalej ścieżką rowerową. Odbiegła ona sporo od zalewu i od tej pory biegło się już gorzej... zamiast jeziorka i lasu towarzyszyła nam bliskość ruchliwej drogi a co za tym idzie niezbyt przyjemny hałas samochodów.
Wraz z tempem spadały nasze morale i jakoś przed 11 kilometrem postanowiliśmy resztę trasy dospacerować...
Zalewu nie udało się okrążyć biegiem, ale dzięki temu mamy kolejny cel do zrealizowania w niedalekiej przyszłości... (może czerwiec?)
Po biegu mały posiłek
a po posiłku kolejny... już bardziej odżywczy :-)
Moje ulubione danie ze sklepu w Prawiednikach!
No i to tyle!!
Wczoraj zacząłem brać antybiotyk a wieczorem przywitała mnie już Anglia...
Dzisiaj zdecydowałem się na kolejny trening.
Tym razem już nieco szybszy... i w butach bardziej przystosowanych do biegania!
Wyszło takie coś:
Do zbudowania formy droga daleka. Ale będę nią zmierzał!
W sumie to od połowy grudnia... ale co poradzić?
Mam tylko nadzieję, że teraz będzie lepiej i dam radę pobiegać...
Tydzień temu coś drgnęło. Najpierw we wtorek półtorej godzinki tenisa, w środę lot do Polski...
tam do lekarza... no i antybiotyk :-/ niedoleczone zapalenie oskrzeli... przez prawie cztery miesiące z nim walczyłem... lecz nie udawało się. Bywało, że niby już wszystko było w porządku, by budząc się następnego dnia znów poczuć pieczenie w klatce piersiowej i ciężki oddech.
Po wizycie u lekarza postanowiłem, że z antybiotykiem jeszcze trochę się wstrzymam bo w końcu to urlop...
Gorzej było powstrzymać się z bieganiem.
Przegrałem z urokiem lasu i z tym, że miałem towarzyszyć Sylwii na rowerze a nie na własnych nogach...
Co poradzić? Postanowiłem, że jednak się przebiegnę. Butów do biegania nie mogłem znaleźć, pożyczyłem od brata. Pod lasem na szybko się przebrałem i powoli ruszyliśmy...
Tempo bardzo spokojne - idealne dla mnie :-) NIE MA TO JAK BIEGANIE PO LESIE!!!
Oddycha się całkiem nieźle, ciepłe i świeże powietrze robi swoje. Biegnie się fajnie, chociaż mięśnie dają znać, że dopiero co budzą się ze snu... W okolicach trzeciego kilometra spotykamy Bartka który trenuje podbiegi :-) W głowie przeszła myśl, że zanim ja zacznę mocniej biegać to jeszcze sporo czasu musi upłynąć..
Po drodze napotykamy sarenkę, która uskakuje głębiej w las by potem obserwować naszą niezbyt dobrą technikę biegową :P Chwilę później spotykamy jeszcze jej dwie siostry. Promyki słońca już coraz słabiej docierają do lasu ale i nasza trasa dobiega końca :-) HURA!! Wyszło 7,5 km...
Następnego dnia powtórka! Stwierdziliśmy, że póki można to trzeba korzystać! Tym razem do lasu wybraliśmy się nieco wcześniej bo na wieczór mieliśmy już zaplanowaną wyjątkową Drogę Krzyżową.
Tempo wyszło trochę szybsze niż poprzedniego dnia i dołożyliśmy nawet 200 metrów ;-)
Większej zwierzyny tego dnia już nie napotkaliśmy zadowoliliśmy się zapachem żywicy z pobliskiej wycinki i wszystkimi innym urokami lasu! Postanowiliśmy też, że przy następnej wizycie obowiązkowo zrobimy po lesie kilka kilometrów.
Tydzień urlopu i dwa treningi? Całkiem nieźle!! Ale zebraliśmy się i na trzeci trening!!
Tym razem nad Zalewem Zemborzyckim oddalonym od Łodzi o blisko 300 km!
Kiedyś już dane mi było biegać w okolicach tego Zalewu ... relacja tutaj
Jednak tym razem nie był to wyścig ;-)
Pogoda nam się trafiła wyśmienita. Temperatura bliska 20 stopni Celsjusza a do tego lekki wiaterek. Czego chcieć więcej? Butów do biegania...
Zdecydowałem się pobiec w butach do codziennego użytku...
Nie było tak źle...
Niestety między 6 a 7 kilometrem zamiast pobiec wzdłuż linii brzegowej zalewu pobiegliśmy dalej ścieżką rowerową. Odbiegła ona sporo od zalewu i od tej pory biegło się już gorzej... zamiast jeziorka i lasu towarzyszyła nam bliskość ruchliwej drogi a co za tym idzie niezbyt przyjemny hałas samochodów.
Wraz z tempem spadały nasze morale i jakoś przed 11 kilometrem postanowiliśmy resztę trasy dospacerować...
Zalewu nie udało się okrążyć biegiem, ale dzięki temu mamy kolejny cel do zrealizowania w niedalekiej przyszłości... (może czerwiec?)
Po biegu mały posiłek
a po posiłku kolejny... już bardziej odżywczy :-)
Moje ulubione danie ze sklepu w Prawiednikach!
No i to tyle!!
Wczoraj zacząłem brać antybiotyk a wieczorem przywitała mnie już Anglia...
Dzisiaj zdecydowałem się na kolejny trening.
Tym razem już nieco szybszy... i w butach bardziej przystosowanych do biegania!
Wyszło takie coś:
Do zbudowania formy droga daleka. Ale będę nią zmierzał!
piątek, 4 kwietnia 2014
wtorek, 11 marca 2014
wczoraj na sportowo...
:-) za zreperowanie roweru koleżance z pracy i podarowanie jej praktycznie niezósemkowanego koła dostałem prezent... dzięki Justyna :-)
prezent dla sportowca (będącego na urlopie) jak najbardziej spoko :-) szczególnie jak tego dnia odbywa się mecz ukochanej drużyny ;-) ; sytuacja taka, że na trybunach zasiąść nie ma możliwości...
ale jak jest możliwość zobaczenia "na żywo" w telewizji to z niej korzystam...
i tak było wczoraj :-) gdy narzeczona poszła biegać ja zasiadłem przed monitorem...
koszulka przyodziana, naprzód piłkarze... a do przerwy już jeden do zera w plecy... zaraz po przerwie druga bramka... też dla przeciwnika... kiedyś Widzew grał do końca... a kibice zawsze kibicowali do końca. Tak było i tym razem, Broendby poniosło piłkarzy i wpadły dwie bramki. Udało się zremisować. Walka o utrzymanie trwa...
Trwają też moje postanowienia... i trwa przerwa w bieganiu...
pozdrowienia
niedziela, 9 marca 2014
czas przemija... czas przemija... a ja...
brnę do przodu :-) ale póki co tylko w swoich postanowieniach...
limit na czekoladę na ten tydzień już wyczerpałem :-/ ale ku mojej radości do północy już wiele czasu nie zostało!! a wtedy będę już mógł korzystać z limitu na przyszły tydzień ;-)
co do podciągania na drążku to jest progres!! do dwudziestu razów jeszcze brakuje... ale coraz mniej :-) a pomyśleć, że w czasach liceum udawało się zrobić ponad trzydzieści powtórzeń! no ale wtedy mniej było do dźwignięcia itd...
z książką idzie dobrze :-) przewracam kolejne kartki w tempie szybszym niż zakładałem...
a do tego już chyba poznałem kolejną pozycję którą przeczytam;
a na bieganie przyjdzie kiedyś czas...
środa, 5 marca 2014
ostatki ;-)
Tak! Wczoraj były ostatki... zjadłem dziewięć pączków a do tego nie biegałem. Dzisiaj był plan żeby reaktywować grę w tenisa. Pogoda ku temu sprzyja Niestety dzisiejszy dzień, który miał być wolnym od pracy spędzę w warehousie... No nic... trzeba poczekać do niedzieli na wolne ;-)
A co do ostatek/ostatków ? To też już moje ostatnie podrygi od niebiegania. Dość długo to już trwa... Ale mam przeczucie, że zbliża się ku końcowi :D Ale póki co jeszcze "trochę" się odkłada ;-) Czy można to nazwać wodzeniem za nos? No dobra! Do końca marca na pewno coś przebiegnę.
Dzisiaj zaczyna się Wielki Post. Czy mam jakieś postanowienia do zrealizowania przez ten okres? Owszem mam i to kilka. Prócz tych postanowień duchowych mam też kilka bardziej przyziemnych... jak niejedzenie kiełbasy w piątki wielkiego postu, ograniczenie jedzenia czekolady do 200 gram na tydzień, przeczytanie przynajmniej trzech książek lub 1200 stron łącznie ;-) (jestem w trakcie pierwszej "Kurier z Warszawy"), do tego w Niedziele Rezurekcyjna podciągnąć się dwadzieścia razy na drążku no i to by było na tyle ;-)
Pozdrowienia !!
A co do ostatek/ostatków ? To też już moje ostatnie podrygi od niebiegania. Dość długo to już trwa... Ale mam przeczucie, że zbliża się ku końcowi :D Ale póki co jeszcze "trochę" się odkłada ;-) Czy można to nazwać wodzeniem za nos? No dobra! Do końca marca na pewno coś przebiegnę.
Dzisiaj zaczyna się Wielki Post. Czy mam jakieś postanowienia do zrealizowania przez ten okres? Owszem mam i to kilka. Prócz tych postanowień duchowych mam też kilka bardziej przyziemnych... jak niejedzenie kiełbasy w piątki wielkiego postu, ograniczenie jedzenia czekolady do 200 gram na tydzień, przeczytanie przynajmniej trzech książek lub 1200 stron łącznie ;-) (jestem w trakcie pierwszej "Kurier z Warszawy"), do tego w Niedziele Rezurekcyjna podciągnąć się dwadzieścia razy na drążku no i to by było na tyle ;-)
Pozdrowienia !!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












