niedziela, 9 marca 2014

czas przemija... czas przemija... a ja...

brnę do przodu :-) ale póki co tylko w swoich postanowieniach...
limit na czekoladę na ten tydzień już wyczerpałem :-/ ale ku mojej radości do północy już wiele czasu nie zostało!! a wtedy będę już mógł korzystać z limitu na przyszły tydzień ;-) 
co do podciągania na drążku to jest progres!! do dwudziestu razów jeszcze brakuje... ale coraz mniej :-) a pomyśleć, że w czasach liceum udawało się zrobić ponad trzydzieści powtórzeń! no ale wtedy mniej było do dźwignięcia itd... 
z książką idzie dobrze :-) przewracam kolejne kartki w tempie szybszym niż zakładałem... 
a do tego już chyba poznałem kolejną pozycję którą przeczytam;

a na bieganie przyjdzie kiedyś czas...

środa, 5 marca 2014

ostatki ;-)

Tak! Wczoraj były ostatki... zjadłem dziewięć pączków a do tego nie biegałem. Dzisiaj był plan żeby reaktywować grę w tenisa. Pogoda ku temu sprzyja Niestety dzisiejszy dzień, który miał być wolnym od pracy spędzę w warehousie...  No nic... trzeba poczekać do niedzieli na wolne ;-)
A co do ostatek/ostatków ? To też już moje ostatnie podrygi od niebiegania. Dość długo to już trwa... Ale mam przeczucie, że zbliża się ku końcowi :D  Ale póki co jeszcze "trochę" się odkłada ;-) Czy można to nazwać wodzeniem za nos?  No dobra! Do końca marca na pewno coś przebiegnę.
Dzisiaj zaczyna się Wielki Post. Czy mam jakieś postanowienia do zrealizowania przez ten okres? Owszem mam i to kilka. Prócz tych postanowień duchowych mam też kilka bardziej przyziemnych... jak niejedzenie kiełbasy w piątki wielkiego postu, ograniczenie jedzenia czekolady do 200 gram na tydzień, przeczytanie przynajmniej trzech książek lub 1200 stron łącznie ;-) (jestem w trakcie pierwszej "Kurier z Warszawy"), do tego w Niedziele Rezurekcyjna podciągnąć się dwadzieścia razy na drążku no i to by było na tyle ;-)




Pozdrowienia !!


poniedziałek, 10 lutego 2014

jestem tu...

Ech... ponad miesiąc nie pisałem. A nie biegałem jeszcze dłużej!! Ostatni trening był 6 stycznia... A potem? Potem dopadło mnie jakieś paskudztwo i nie mogłem wyzdrowieć. Do tego doszedł długi urlop w Polsce.

Trzy tygodnie!! Były ambitne plany żeby zrobić w ojczyźnie kilkadziesiąt kilometrów... W tym start w zawodach do tego jeszcze wspólny trening z moimi "przeciwnikami" w rywalizacji na 2014 rok...  jedyne co się udało... to wypić z nimi piwo... kurde... wstyd się przyznać... ale bilans ostatniego miesiąca to:
zero kilometrów
dużo piwa
dużo jedzenia
Co w efekcie dało.... uwaga, uwaga!! + 6 kg na wadze :-)

z czego masa mięśniowa to malutki procent...
Do aktywności typowo fizycznych podczas urlopu zaliczyć mogę jedynie wyjścia na sanki:


Oraz wypychania auta z zasp... i kilka spacerów :P
Zima dała się we znaki tym bardziej, że trzeba było sporo jeździć autem ;-)

No ale wszystko co dobre szybko się kończy...
Powrót do Anglii w nocy a następnego dnia już do pracy! No i zaczęło się...
Wracam do sportu!
Na początek delikatnie rowerek... dystans faktycznie delikatny ale zakwasy już nie takie delikatne... chyba się starzeję :-(
Ale co z bieganiem?
Planowo miałem zacząć 17 lutego! A do tego czasu oswoić się z klimatem itp... różnica temperatur i ta strefa czasowa... ;-)
Jednak to już dzisiaj nastąpił dzień prawdy.
Początki bywają trudne? To prawda. Dziś pękło cztery tysiące metrów... tempo spokojne :-) Ale dla mnie idealne.


Na coś szybszego i dłuższego przyjdzie czas... ;-)





środa, 8 stycznia 2014

Bankrut...

Słowo z nagłowka mówi samo za siebie... co by to nie znaczyło nie jest dobrze.
@Fido dobrze radził... wyleczyć się do końca i dopiero wrócić do biegania. Za to ja postanowiłem inaczej... jak już byłem "prawie" zdrowy wymysliłem sobie, że wybiegam tą chorobę. I nawet spoko to szło...
Było to tak:
2.1.2014 trening zrobiony a potem się gorzej poczułem... ale minęlo kolejne kilka dni i...
6.1.2014 poczułem się już całkiem nieźle :-) Najpierw przebiegłem cztery kilometry wolniej, by potem zrobić kolejny trening już nieco szybszy :-) I to może wina tego? Przebiegłem 10 km w tempie 4:56 min/km...



być może to za szybko na osłabiony organizm? Ech...
No co? Zagrałem "vabank" i chciałem od początku roku mocno biegać... a póki co moje zdrowie zupełnie zbankrutowało... czuję się słabo... pociesza mnie tylko to, że rozchorowałem się teraz :-) Mam cały tydzień na dojście do zdrowia. By w ojczyźnie tryskać energią!!

piątek, 3 stycznia 2014

Czas start! - Małą łyżeczką a do syta!!

Pierwszy trening w 2014!!

Planowo miał się odbyć już pierwszego stycznia o godzinie dziesiątej rano. W sumie to nawet wcześniej, bo na 10:00 planowany był start noworocznego parkrunu a do miejsca docelowego też planowałem dobiec. I całkiem realne było w nim wystartować. Wracając z sylwestra po głowie chodziła ta myśl. Budzik nastawiony na 8:15...  Położyłem się spać...
<budzik>
- wow... to już? jak się kładłem spać to nie bolała mnie głowa...
Najlepszym wyjściem z sytuacji był przycisk "drzemka"...  jak się okazało za dużo było tych odroczeń... bo ostatecznie wstałem ale po dwunastej. Głowa już nie bolała :-) Jak się okazało winowajcą był szampan... po nim zawsze boli ;P
Po południu już też się nie udało zrobić treningu. Ale drugiego stycznia już tak! I to dwa :-)
Chciałem zacząć ten rok mocno. I trochę się udało. Najpierw spokojne 5 kilometrów... taka rozgrzewka. Chwila przerwy i kolejne wyjście z domu...
Nogi po dłuższej przerwie nie były moją mocną stroną...  tempo spokojne. Zresztą nie zamierzałem od razu bić rekordów. Jak to mawiają... małą łyżeczką a do syta :-) Mam przed sobą cały rok...
Zrobiłem dziesięć kilometrów.


Łączny dystans to pietnaście z groszem ;-)
Kiedy kolejny trening? Tego nie wiem... bo chyba jeszcze dobrze nie zaleczyłem przeziębienia... :-/


Pozdrowienia


czwartek, 2 stycznia 2014

Nowy rok, nowe perspektywy!! .

Od czego tu zacząć?
Sam nie wiem :-) Jaki był ten 2013?
Z jednej strony udany a z drugiej nie...
Udało się pokonać rekordową ilość kilometrów... ale... nie udało się złamać granicy 1000 kilometrów... choć tak nie do końca ;-)
Zrobiłem tyle co widać:

Sukcesem jest to, że udało się przebiec w każdym miesiącu chociaż kilka kilometrów:

Udało się pobić dwie życiówki. Wyniki nie są rewelacyjne ale mnie cieszą!
5 km - 20:05
10 km - 41:39

Co jeszcze? Na minus zdecydowanie maraton! Skończyło się jak zwykle na gadaniu i rozmyślaniu i zrobieniu połowy planu treningowego.... W tym roku chyba nawet się nie podejmę w myślach tego dystansu. To nie dla mnie.
Ważna data to zdecydowanie 11 listopada! Wtedy zrobiłem życiówkę na 10 kilometrów... ale... ale nie wystartowałem w Biegu Niepodległości w Warszawie. A co za tym idzie przegrałem zakład i przez 37 dni zapuszczałem wąsy. Cieżko było szczegółnie przy moim jasnym zaroście ;-) "ale Ci się wąs rzucił" , "Movember?" itd... 


 Zakład przegrałem i się z niego wywiązałem :-) Do tego jak się okazało nie byłem w tym osamotniony! Bo Lewy który wystartował, też zapuścił wąsik :-) Wcale nie musiał... ale stwierdził, że to on był ostatni z biegnących. Szacunek!
Co by jeszcze napisać?
Zarazić kogoś bieganiem? Lubię to określenie :-) Może i mi kogoś się udało :-) Kolega Kamil, który zadebiutował ze mną w parkrunie podejrzewam, że w tym roku nie spocznie na laurach!
No i kogo jeszcze zaraziłem? Narzeczoną Sylwunię :-)
Przebiegliśmy razem bardzo sympatycznę liczbę kilometrów:




No właśnie!! Czyli jednak przebiegłem ponad tysiąc kilometrów! Łącznie wyszło 1104 kilosów!! Nie dodawałem treningów na swoje konto bo...? Na początku było za wolno a potem już nie wiem czemu? Chyba przez to, że nie mój puls był na pomiarach :-) 

No ale niby czemu za wolno? Jaka jest granica tego "za wolno"? Otóż moje najwolniejsze tempo jednego z kilometrów i to na zawodach wyniosło 6 min 26 sekund na kilometr!! I to nie był żaden podbieg...  Wiem, że to niezbyt dobry czas jak na wyścig...ale na ten wynik złożylo się kilka przyczyn :-)  Ale wracając do tematu i idąc dalej tą myślą to sporo naszych wspólnych treningów by się tutaj śmiało kwalifikowało :-)  Bo czasy lepsze robiliśmy na kilometr!
Zresztą i w tym roku była podobna sytuacja ;-)

A było to 26 listopada! Przyjechali goście z Polski i wraz z bratem mieliśmy zrobić chociaż jeden trening... Dni mijały a my nie mogliśmy się zebrać... Przyszedł już ostatni dzień :-) Pobyt był na tyle intensywny, że już myślałem, że zepsuł się zegarek :-./ Tempo kilometra wychodziło ponad siedem minut na kilometr... A wydawało się , że tak szybko biegniemy ;-) Restart zegarka... i znowu to samo... dopiero jak włączyliśmy przyspieszenie to zegarek się "naprawił"! Ale i tak nie było rewelacji:

Co prawda zrobiliśmy kilka dobrych podbiegów ;-) Tak, że było ciężko! Prawda Bartek? 

To chyba na tyle tych podsumowań! Dodam tylko, że doszły jeszcze rowerowe kilometry do pracy i tym podobne... coś ponad dwa tysiące :-)

A jakie plany na przyszły rok?
Unikanie kontuzji ;-) Jak to się uda to będzie dobrze! I może zrealizuję kilka zamierzeń:
5 km < 19 min
10 km <40 min
21 km 97,5 m <  93 min
roczny dystans > 1000 km


Pozdrowienia!! Szczęśliwego nowego roku!!